Rzecz o wracaniu II
Druga część eseju o kobiecym znikaniu, które nie wygląda jak dramatyczne odejście, tylko jak codzienne blednięcie: w kuchni, w lustrze, w dresie, w napiętym ciele, w obowiązkach, których nikt nie liczy jako kosztu. O momencie, w którym ciało przestaje prosić, a zaczyna mówić językiem awarii. I o brutalnym odkryciu, że nie da się bez końca być środkiem trwałym rodzinnej spółki.
Zobacz dodatki do tego opowiadania:
Opowiem Ci jak może wyglądać dzień, w którym okaże się, że koszty eksploatacji są za wysokie.
Zniknęłam.
Czy Ty także?
Odkrycie tego nie jest takie proste.
Pozornie przecież wszystko jest na swoim miejscu: ręka, noga.
A to zniknięcie – żeby chociaż było tak magiczne, jak sztuczka z kapeluszem.
Albo tak dramatyczne, jak w “Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie”.
Tak to ja bym na przykład chciała. Z przytupem. Żeby zauważono brak i puste miejsce przy stole. Żeby doceniono, że ktoś tu kiedyś był i jak wiele ogarniał.
Wiele razy fantazjowałam o tego typu zniknięciu. O tym, jak wszyscy orientują się, że mnie nie ma, dopiero wtedy, kiedy rano nikt nie podsuwa śniadania pod nos i nie ogarnia kuchni. Kiedy po tygodniu zaczyna im wszystkim brakować wypranych majtek. Kiedy kończy się papier toaletowy albo czyste kubki w szafce kuchennej.
Ale nie. Zwykle to nie odbywa się tak spektakularnie.
Założę się, że i Ty wiesz coś o takim znikaniu, jak moje:
Po prostu z dnia na dzień robiłam się coraz bardziej przezroczysta.
Rozpuszczałam się w czymś większym ode mnie.
Bledłam powolutku i po cichutku, na raty.
Znikałam jak kolory z billboardu wystawionego na słońce. Ale wciąż trwającego na swoim przydrożnym posterunku. Bo przecież podpisałam umowę.
Albo jak nikogo nie interesujący archipelag tonących wysp. Po centymetrze na rok.
Na oczach wszystkich, a jednocześnie nikt na to nie reagował. Dla mnie brakło aktywistów klimatycznych i transparentów z hasłami.
A we mnie było coraz mniej mnie.
Zadziwiające, że dość długo to powolne rozpuszczanie się było właśnie tą łatwiejszą opcją. Bo to jest właśnie działanie po linii najmniejszego oporu. To jest idealne wywiązywanie się z zawartej umowy. Wszystko jest w porządeczku najlepszym.
Dopóki bez nadmiernych refleksji trwasz sobie w tym procesie znikania, wszystko idzie gładko i ma swój rytm, sens i strukturę. Nie tylko dla całego Twojego systemu rodzinnego, ale i dla Ciebie.
Wiele razy zastanawiałam się: dlaczego właściwie nie udało mi się, wzorem wielu innych kobiet, zbudować na tej strukturze nowej architektury swojego życia? Dumnego i szumnego pałacu Perfekcyjnego Macierzyństwa, o byciu Perfekcyjną Panią Domu już nie wspominając. A twardo próbowałam, przez wiele lat.
Słyszałam tezę, że to wymaga pogodzenia się z utratą pewnych aspektów siebie i przywitania z entuzjazmem nowych. Akceptacji swojego kolejnego wcielenia. Metamorfozy i przepoczwarzenia się w coś dopiero teraz pięknego i wartościowego. Coś jak zrzucenie wylinki.
Ponoć to naturalny, przydany kobiecości proces.
A u mnie się jakoś nie załadował poprawnie. Nagle coś zaczęło zgrzytać. Opór materii wzrósł. Tempo spadło. Objawiły się pierwsze pęknięcia i odkształcenia w formie. Mimo wszelkich racjonalizacji myślowych, jakie uporczywie stosowałam na każdym kroku i tłumaczeniu sobie samej (jak krowie na rowie), że wszystko jest prawidłowo i tak właśnie ma wyglądać moje życie – nie udawało mi się skutecznie wejść w te koleiny. Właściwie, to potykałam się o nie coraz częściej:
Zapomniana śniadaniówka, przypalony obiad, niedowiezione na czas na zajęcia dziecko. Pewnego dnia złapałam się na tym, jak stoję w kuchni z nożem w ręce i absolutnie nie wiem, co chciałam z nim zrobić.
Pokroić coś? Co?
A może umyć?
Z letargu wyrwała mnie córka:
– Jesteś smutna mamo?
A ja nie wiedziałam, że w ogóle jestem – nie mówiąc o jakiejkolwiek wiedzy na temat tego – jaka.
Smutna? Nie. Ale jaka? Co czuję?
Na pewno to, że gasnę. Że tli się już we mnie niewiele.
Z dnia na dzień miałam coraz mniej siły i energii. Zgrzytanie dało się odczuć coraz mocniej.
Buntowniczka z wyboru czy wadliwy egzemplarz?
Nic z tych rzeczy. Sprawa okazała się bardziej prozaiczna:
Koszt tej imprezy.
To mój licznik zużycia tak rzęził.
Eksploatacja. Amortyzacja. Taka sytuacja. Tego nie pomalujesz.
Czasem rano wstaję wcześniej. Są takie szczęśliwe dni, kiedy wszyscy śpią kamieniem do siódmej, a ja przez jakąś godzinkę mam cały czas wszechświata.
Czas – nieczas, bo nic szczególnego się w nim nie wydarza.
I to jest w tym najpiękniejsze – to całe niezagospodarowanie, owszem, nieco wymuszone. Nie mogę zadziałać na automacie i rozpocząć zwykłej krzątaniny, bo wszystkich obudzę i czar tej chwili pryśnie stanowczo za szybko. Nie czytam, bo jest jeszcze za ciemno. Nie włączam nic i wstyd przyznać, ale nawet wody w toalecie nie spłukuję w obawie przed hałasem. Tak mi jest cenny ten moment i tak o niego drżę.
Szara pora pełna nicości. Cisza ja i czas, jak to śpiewała Nosowska.
Snuję się po cichu od okna do okna ze szklanką wody w dłoniach. Na dworze pomału się rozwidnia. Czasem obserwuję sąsiadów, jak w nerwowych podskokach wychodzą z domu. Czasem widzę stadko saren na polu, równie nieśpiesznych jak jak w tej chwili.
Pewnego dnia podchodzę do lustra.
W tym porannym rozmemłaniu widzę w nim swoje odbicie, nie do końca wyraźnie. Mrużę oczy, ale wizji to nie poprawia. Odnoszę wrażenie, że nie przypominam siebie już zupełnie.
Ta rozmyta postać absolutnie nie pasuje do tego, co pamiętam o sobie.
Od dawna już zauważam, jak spojrzenia innych po prostu prześlizgują się po mnie. Nie ma na mnie i we mnie niczego, co zatrzymałoby zaciekawiony wzrok. Na ulicy mijani ludzie z reguły patrzą gdzieś w przestrzeń daleko za moją głową. Nawet mój głos nie jest słyszany. Czasem muszę dwa razy powtarzać coś w sklepie.
W domu również najwyraźniej zlewam się z tłem i pewnie dlatego tak łatwo pomylić mnie z odkurzaczem. Kogo obchodzi, czego potrzebuje odkurzacz? Deklaratywnie – i owszem, wszyscy powiedzą, że trzeba zadbać, czy nie trzeba w nim na przykład wyczyścić filtra. A potem w praktyce: co za różnica, ważne tylko, żeby był pod ręką i działał, kiedy narobi się syf. Tak to właśnie widzę – po raz kolejny dopada mnie myśl, że w tym interesie zwanym Rodziną stałam się czymś w rodzaju składnika jej majątku. Jestem cholernym środkiem trwałym spółki. Sprzętem domowym.
Mam wrażenie, że jako podmiot, jako człowiek i jako kobieta dla całego świata przestałam istnieć. Liczy się wyłącznie moja zdatność do użycia.
To wydłużone stanie przed lustrem robi się dla mnie niekomfortowe.
A poza tym: nie podoba mi się to, co w nim widzę.
Dziś pierwszy raz od bardzo dawna zbieram się w sobie i uporczywie studiuję swoją twarz w odbiciu. Przypomina jakąś powierzchnię bez właściwości. W kształcie, kolorze, wyrazie. Do robienia makijażu zwykle raczej się zmuszam – robię go na pamięć, niestarannie, jak najszybciej, w biegu. Trwa to dokładnie sześć minut – tylko tyle bezrefleksyjnego czasu jestem sobie w stanie podarować. Po prostu nie umiem utrzymać swojego spojrzenia na widocznych już nawet teraz w półmroku podkrążonych oczach, obwisłym podbródku, bruzdach na czole. Ten widok rozczarowuje jak nic. I żaden fluid nie pomaga.
Ubieram się w luźne dresy. Prawie zawsze.
Bo to praktyczne, bo nie muszę kombinować i tracić na to czasu. “Minimalizuję ryzyko paraliżu decyzyjnego, jak jakiś Jobs albo Zuckerberg” – myślę sobie w przypływach lepszego nastroju. Ale prawda jest brutalniejsza: tym sposobem nie muszę stawiać się sama sobie do okazania w tym cholernym zwierciadle prawdy. Omiatam się tylko w nim przelotnym spojrzeniem i zarzucam na siebie w pędzie coś czarnego.
Bardziej przykrycie niż ubranie.
Bo nie widać pod nim mojej figury.
Bo tylko tak pozostaje chociaż trochę niedopowiedziane: przytyłam 15 czy 20 kilogramów?
Straciłam swój dawny kształt i nie jestem w stanie zaakceptować nowego. Ani nic z tym zrobić. Mój obecny, rozmazany kontur to pochylone w przód ramiona i przygarbione plecy. Duży brzuch i uciążliwie duże piersi toczące nierówną walkę z grawitacją. Widoczne krzywizny przypominają już tylko tą drugą z dwóch rozpoznawalnych w kulturze Wenus.
Dopiero po dłuższej chwili przestaję się okładać tymi paskudnymi porównaniami i moją uwagę przyciąga wyraźnie zaciśnięta szczęka.
Bardziej ją widzę, niż czuję.
Z trudem rozluźniam, rozmasowuję. Ciągłe napięcie – właściwie w całym ciele, staje się już powoli jakąś niezbywalną częścią tej postaci w lustrze. Kiedy o tym pomyślałam, poczułam je dosłownie wszędzie. Boli jak zakwasy po niezłym treningu. Tylko treningu nie było, niestety.
Udaje mi się opuścić lekko ramiona.
Zaczynam patrzeć na siebie inaczej. Dłużej, wnikliwiej i – jakby z zewnątrz.
To właśnie w tej chwili pojmuję:
Przecież to w ogóle nie jestem ja. Mnie tu zupełnie nie ma.
Kiedy w ogóle ostatnio – byłam?
A może nigdy mnie nie było?
Może od zawsze byłam tylko powłoką z wpisaną weń funkcją – jako nadrzędną.
Gdzieś na krawędzi rozumienia dociera do mnie, że to smutne. Mimo to – nie mam w sobie ani jednej łzy. Długo na to pracowałam – żeby nie czuć za bardzo. Czucie stało się niewygodne. Czucie sprawiało problemy. Groziło rozsypaniem się, rozłożeniem na części, utratą pędu i tej jakże niezbędnej wszystkim mojej utylitarności.
Cóż z tego, że moje ciało czasem daje mi znać, że ma dość i jest zmęczone.
Nie daję mu do tego prawa, uciszam je.
A teraz patrzę na siebie w tym lustrze i nagle rozumiem:
Funkcjonuję poza ciałem. Oddzieliłam je od siebie, jako to słabsze.
Nie zajmuje mnie ono. Nie troszczę się o nie.
W tym lustrze ciało zaczyna mnie pytać:
Ile jeszcze zmęczenia jesteś w stanie zignorować?
Ile infekcji jesteś jeszcze w stanie podleczać w biegu, nie tracąc pędu?
Ile migren wytrzymywać, nie schodząc z kuchennej wydawki?
Ile nieprzespanych nocy jesteś w stanie nie odespać?
Ile bólu lędźwi i barków znieczulać proszkami?
Ile ataków paniki zagłuszać?
Ile jeszcze razy zaciskać szczęki, zanim ból przemieści się na całą czaszkę?
Ile wkurwień wytłuc talerzami?
Ile rozpaczy zajeść czekoladą albo zapić winem do południa?
Ile razy jesteś jeszcze w stanie sobie sama wepchnąć w gardło płacz, krzyk, lęk i złość?
Ile razy nałożyć rano na siebie uśmiech wraz z makijażem?
Co mu odpowiadam?
Nic.
Dzwoni budzik, a ja odchodzę od tego brutalnie szczerego lustra.
Odchodzę też po raz kolejny od zdradzieckiego, niewspółpracującego ciała. Wciąż nie chcę go wysłuchać, ani dać mu należnej uwagi.
Wiedziałam, że woła.
A jednak nic z tym nie zrobiłam.
Zmęczenie we mnie narastało. Infekcje zazębiały się. Sen nie dawał odpoczynku. Mój oddech stawał się płytszy, jakby znikał razem ze mną. Każdy dodatkowy ruch, każda dodatkowa czynność zaczynała przypominać wspinaczkę wysokogórską. I pewnego sobotniego przedpołudnia eksploatacja – mnie przeze mnie – przekroczyła jakąś niewidzialną granicę. Licznik zużycia najwyraźniej przekręcił się już poza zakres.
A ja znalazłam się w szpitalu.
Moje ciało zdecydowało się zafundować mi twardy reset: odcięło mnie od powietrza. Dosłownie. Zatkana tętnica płucna.
Po tak długim czasie to był jedyny język, jakim ciało mogło do mnie przemówić: po prostu przewrócić mnie na podłogę, odciąć tlen, zabrać przytomność, a potem podsunąć link z googla mówiący: Masz kurwa szczęście, jedna trzecia zatorów płucnych jest śmiertelna.
I wiesz, co jest najlepsze? Leżąc w tym szpitalu, podpięta do tych wszystkich rurek mających na celu przywrócenie mnie do pionu, ja wciąż nie miałam w sobie żadnej wielkiej refleksji. Nie myślałam:
“Mogłam umrzeć!”
Myślałam:
“Kto dzisiaj odbierze dzieci?”
Dopiero wychodząc do domu i wciąż nie umiejąc złapać powietrza, ciągle jeszcze balansując na granicy statystyki przeżycia dotarło do mnie, że to nie był nagły bunt maszyny. Była to brutalna konsekwencja tego, jak feudalnie traktuję moje ciało. Podporządkowuję funkcji, wykorzystuję do granic, nie dając nic w zamian. Nie daję wytchnienia. Nie daję rozprężenia. Serwuję mu wyłącznie napięcie.
Nie daję mu już swojej miłości.
Już. A kiedyś w ogóle dawałam?
Teraz już wiem, że moje ciało rozpaczliwie dobijało się do mnie latami. Potrzebowało mnie do stanięcia po swojej stronie. Potrzebowało we mnie strażniczki i opiekunki, przyjaciółki, matki. A dostawało co najwyżej menedżerkę – i to kiepską. Taką, która nie dba, a do tego nie umie poskładać tych wszystkich fragmentów siebie samej w sensowną całość.
Nie wiem jeszcze, jak staje się po swojej stronie.
Wiem tylko, że nie da się już dłużej znikać.
I że ta umowa, w tej formie właśnie przestała działać.
Niektóre historie kończą się tylko po to, żeby zrobić miejsce następnej.