Kamienie
Marta idzie do lasu, bo ma dość. Dość pracy, domu, dzieci, męża, własnego ciała i wszystkich kamieni, które od lat nosi na plecach. Wśród drzew trafia na dziwny sabat kobiet, które wiedzą aż za dobrze, co znaczy być przygniecioną życiem — i pokazują jej, że nie każdy ciężar trzeba nieść dalej.
Zobacz dodatki do tego opowiadania:
Rozdział I
Marcie zdawało się, że las cuchnie trupem. Pewnie to tylko mech, wilgoć i igliwie, ale dla niej i tak pachniało rozkładem. Bywała w lesie rzadko, a po zmierzchu nigdy nie przyszłoby jej do głowy, żeby zapuszczać się w jego mroczne bebechy. Aż do tego dnia. Dzisiaj Marta poszła do lasu, bo miała już serdecznie dość. Nie na tyle dość, żeby wziąć ze sobą linkę, jak kiedyś zrobił jej ojciec. Ale na tyle, żeby zostawić wyłączony telefon w szufladzie biurka. Na tyle, by obrócić się na pięcie i wybiec trzaskając drzwiami, za którymi został osłupiały mąż i drące się dzieci. Na tyle, by w jakimś wyczynowym tempie iść na azymut już jakieś czterdzieści minut i mieć w dupie to, kiedy i jak wróci.
Bo ileż, do diabła, można znieść? Marta była w tej chwili bardziej wściekłością niż samą sobą. Wściekłością na co? Na wszystko. Na ten pierdylion drobnych rzeczy, z których w Marcie usypała się już jakaś niebotyczna góra. Na to, że tyra na dwóch zmianach, bo nie dość, że spala się w tej przeklętej korpie, to jeszcze odpierdala perfekcyjną panią domu po godzinach. Na to, że jej odprasowane dzieci zachowują się jak banda małpoludów, a jej przebodźcowanie już po pięciu minutach z nimi sięga zenitu. Hasztag: złamatka. Na to, że mąż postrzega ją już tylko jako część inwentarza, a jej wartość w jego oczach, przy dobrych wiatrach, plasuje ją gdzieś pomiędzy ajfonem a erfrajerem. Na to, że przytyła i nie wchodzi w ulubione dżinsy, a mimo to pochłonęła dziś przy kawie dwa pączki i pół tabliczki czekolady. Na to, że znów nie umiała się postawić teściowej i dała sobie wcisnąć w gardło jej uwagi na temat wychowania dzieci. Na to, że kolejny raz przeciągnęła kartę kredytową, a nie ma odwagi iść po podwyżkę. Na to, że dojazd z tej wiochy do cywilizacji codziennie zabiera jej dwie godziny życia. Na to…
– Nosz kurwa, ja pierdolę – …na to, że właśnie wdepnęła w jakieś sarnie gówno. Zatrzymała się. Wdech – wydech. Jeszcze raz: wdech – wydech. Galopada narzekań w głowie ustała. Marta wreszcie poczuła, jak jej ramiona opuszczają się nieco poniżej uszu, a zaciśnięte pięści rozluźniają. Zadrżała z chłodu i wilgoci. Zdjęła plecak i rozejrzała się. Nie miała bladego pojęcia, gdzie jest i obleciał ją strach. Która godzina? Ile szła? Pamiętała skrzyżowanie ścieżek, do którego doszła kiedyś spacerując i zdaje się, że powinna była tam skręcić w prawo. Czy skręciła? Nie wiedziała. Zmrok zagościł się już na dobre. Na szczęście księżyc też zdążył już wzejść i oświecał leśną drogę nieco niemrawo, ale na tyle, żeby nie wleźć prosto w chaszcze. Czy wzięła ze sobą jakąś latarkę? Oczywiście, że nie. Nie miała nawet po co gmerać w plecaku, który pośpiesznie złapała wybiegając. Wiedziała, że ma tam butelkę z wodą i najwyraźniej coś jeszcze, bo zaczynał ciążyć jej niemiłosiernie. Nieważne. Zarzuciła go z powrotem. Bardzo pożałowała wrzuconego w szufladę telefonu. Latarka, GPS. Wszystko, czego tak bardzo teraz potrzebowała.
– Kurwa mać!! – wrzasnęła. Trochę z bezradności, a trochę, żeby odstraszyć wszystko, co mogło czaić się poza jej wąskim polem widzenia. Ptaki z łopotem poderwały się z gałęzi. – Pierdolony Hitchcock – mruknęła już pod nosem – i pieprzone kąpiele leśne.
Przyjrzała się księżycowi i uznała, że powinna zawrócić i iść w jego stronę tą samą ścieżką, którą tu dotarła. Na wschód, zdaje się. Następnie, na jakiejś krzyżówce powinna kierować się na prawo, na południe. Załóżmy. Powiedzmy. Być może. Z każdym krokiem traciła rezon. Zwolniła tempo.
Aż nagle stanęła. Zamarła.
Na środku ścieżki leżał kamień. Głaz. Taki spory, do kolan. Wyglądał, jakby tu dosłownie wyrósł przed chwilą. Nie było go tu wcześniej, prawda? Przecież szła tędy i nie mogła go nie zauważyć – przewróciłaby się o niego. Nie pamiętała też, żeby go obchodziła wkoło. A jednak – Marta dojrzała leżący obok głazu papierek po gumie. Jej papierek. Ze wstydem go podniosła do kieszeni.
Samo istnienie tak wielkiego kamienia w tym miejscu nie było jeszcze aż tak szokujące, jak to, co znajdowało się na nim. W świetle księżyca widniał wyryty w nim napis:
“TAM ODPOCZNIESZ”.
I strzałka w lewo, kierująca na północ.
To mogło być wszystko. Pamiątka po harcerskich podchodach. Tylko jak oni do cholery mieliby to wyryć w kamieniu? Przedwojenny drogowskaz kierujący do cmentarza. Ale żadnego cmentarza w tych stronach na mapie nie ma. Jakiś performens miejscowych artystów? Ta zaściankowa wieś nie hoduje aż tak kreatywnych ludzi. Prank jakichś nastolatków? Syn kamieniarza podwędził ojcu dłuta?
Najbardziej prawdopodobny był cmentarz. A Marta nie była fanką horrorów, więc otrząsnęła się z mieszanki grozy oraz obrzydzenia i zgrabnie ominęła głaz.
Prawie zgrabnie.
Prawie ominęła.
W rzeczywistości, dając krok w bok, wpakowała swój but w grząskie błoto, przeważył ją plecak i runęła w kolczaste krzaki. W tej sekundzie jej wkurw osiągnął szczyt, a ona ryknęła wprost w rozgwieżdżone niebo wrzaskiem zarzynanego zwierzęcia.
I jeszcze raz.
I ponownie.
Darła się jak wariatka, aż ją zapiekło w gardle. Aż poczuła niewiarygodną ulgę i jej wrzask przerodził się w nie mniej szalony śmiech. Podniosła się i poszła za strzałką.
Rozdział II
Ścieżka prowadziła najpierw lekko w dół, a następnie dość stromo pod górę. Marta nie widziała przed sobą nic poza zboczem porośniętego paprociami pagórka. Wspinała się powoli. Po ostatnich doświadczeniach patrzyła tylko pod nogi. Za to, kiedy już się na niego wdrapała, oniemiała z wrażenia. W odległości jakichś dwudziestu metrów, na niewielkiej polanie paliło się ognisko. Wokół niego siedziała grupa osób.
– A jednak podchody? – pomyślała jeszcze.
W tej samej chwili jedna z siedzących wstała i stanęła w świetle ognia. Marta przekonała się, że daleko jej do harcerza. Postać zwróciła się w jej stronę i krzyknęła:
– Podejdź tutaj! – a po chwili: Tak, do ciebie mówię! Marta była już absolutnie przekonana, że postradała zmysły. Ze strachu zaczęły jej drżeć kolana.
– Nie bój się, chodź śmiało, nie składamy tu ofiar z ludzi! – wołająca brzmiała na ubawioną swoją własną wypowiedzią i jej towarzyszki również zachichotały dość przyjaźnie, co przywróciło Marcie krążenie w ciele. Zbliżyła się. Serce tłukło się w jej piersi jak oszalałe.
Właściwie można by wziąć tę imprezę za zwykły, zupełnie radosny i podlany alkoholem babski wieczorek. Gdyby nie jeden szczegół. Uczestniczki wyglądały jak czarownice. Baby Jagi. Wiedźmy żywcem wyciągnięte z baśni. A do Halloween było jeszcze daleko.
– Dawaj, zrzucaj te ciężary! – rzuciła jedna z siedzących przy ognisku. – No, ten twój plecak zdejmij!
Wtedy Marta rozejrzała się po polanie. Po plecach przebiegł jej dreszcz. Dookoła, dosłownie wszędzie leżały kamienie. Samotne, spore głazy i mniejsze, ułożone w stosy. Na każdym były wypisane słowa. Marta przeczytała:
“Idealna matka”, “Pracowniczka roku”, “Najlepsza córka”.
– Czy to są nagrobki?
Wiedźmy parsknęły śmiechem. Wtedy zobaczyła też inne wyryte napisy: “Doskonałe obiadki”, “Wypielęgnowany ogród”, “Wyrobione KPI”, “Siłka dwa razy w tygodniu”.
– To przyniosły tutaj inne dziewczyny – odezwała się jedna z Wiedźm. Każda przynosi tutaj to, co ją przygniata na co dzień. Teraz ty. Pokaż, co masz w plecaku.
Marta zdjęła plecak. Otworzyła go i aż ją cofnęło: był pełen kamieni z inskrypcjami. Wyciągała jeden po drugim. Każdy wielkości pięści. Wszystko się zgadzało. Każda wypisana rzecz nakładała na nią jakąś nieznośną presję i była ciężarem. Wygrzebała: “Awans na stanowisko seniorki”, “Kreatywne zabawy z dziećmi”, „Nienaganna figura po dwóch ciążach”, “Poranne medytacje”, „Dom jak z Instagrama”, “Seks jak w Grey’u”.
Zawstydziło ją to. Zauważyły.
– Spokojnie. Nie takie rzeczy tu są. Jesteś normalna. Jeśli chcesz, to przerwij. Siadaj. Masz, napij się.
Podały jej gliniany kubek z gorącym napojem.
– Czy to jest..?
– Tak, czekolada z chili. A czego się spodziewałaś? Whiskey? Łyknęła.
– Kim jesteście i o co w tym chodzi?
– A na co ci wyglądamy? – spytała ta, która podała kubek. – Harcerki jesteśmy! Zachichotały.
– Stare grzybiary! – dorzuciła druga teatralnie się przy tym kłaniając.
– AA! Anonimowe i Absurdalne! – salwa śmiechu.
– Albo jak wolisz: sabat rozjebanych życiem kobiet! – wykrzyknęła ruda i najbardziej roześmiana ze wszystkich Wiedźma. Marta nie była pewna, czy jej towarzyszki są trzeźwe. Ale wtedy przemówiła najstarsza z nich. Spod jej wiedźmowego kapelusza spływały mocno posiwiałe już włosy, choć twarz do tego miała promienną i jeszcze młodą. Oczy jej lśniły. Głos miała niski i chropawy. – Jesteśmy dokładnie tym, czego ci teraz trzeba. Nie jesteśmy ani magicznymi wróżkami, ani jakimiś ściemnianymi zielarkami. Nie jesteśmy ani pop terapeutkami, ani ezoterycznymi naciągaczkami z internetów. Nie każemy ci okadzać się szałwią ani nosić amuletów. Jesteśmy po prostu kobietami, które też nosiły na plecach swoje kamienie. I nauczyły się je zrzucać. Jesteśmy twoim wsparciem. Jeśli chcesz z niego skorzystać – rzucaj. Przekonasz się, czy stanie się lżej.
Podała Marcie jej kamień. Ten o awansie.
Poleciał daleko.
– Właśnie ocaliłaś się od wypalenia zawodowego! – przyklasnęła temu Ruda. – Nie mam nic przeciwko awansom, ale wolę takie, wiesz, nie okupione krwawicą, kurwicą i nerwicą. Wiedźma od czekolady dodała jeszcze:
– Nie rozwiążemy za ciebie twoich problemów. Nie możemy nawet ci doradzać. Ale możemy być przy tobie, kiedy będziesz się z nimi mocować. Wysłuchamy, nie ocenimy, opowiemy, jak było u nas. Sama decydujesz, na ile chcesz zasilić się naszym wsparciem i energią.
– Życiowe ciężary lubią się kumulować. I ani się obejrzysz, jesteś przygnieciona dosłownie wszystkim. Dlatego jeśli tylko czujesz, że już nie dźwigasz – uderzaj do nas, w las. Przyjdź, zrzuć, pogadaj, pośmiej się z nami i wracaj lżejsza. Przy okazji przewietrzysz się i dotlenisz. No, dawaj, rzucaj kolejne! – zachęcała seniorka. I poleciały wszystkie. A z każdym rzutem faktycznie Marta czuła w sobie więcej przestrzeni. A dzięki dopingowi Wiedźm, a może jednak jakiemuś dodatkowi do czekolady – rozweseliła się też porządnie. Co rzut – to pełne śmiechu komentarze:
– Kreatywne zabawy z dziećmi? Jasne, godzina memłania slajma, a potem i tak włączyłaś im kreskówkę, bo musiałaś zeskrobać to gówno ze ścian! Też to robiłyśmy!
– Dom jak z Insta? Ale chyba wiesz, że oni wszyscy mają sztab ludzi do ogarniania tego, nie? To może my wpadniemy, odpicujemy ci chatę i nakręcimy filmik na koniec, jak poprawiasz ten jeden listeczek w wazonie, dobra? Jak ta księżna z USA! Rzucaj to w cholerę!
– Nienaganna figura – uuuuuu.. Kochana.. Pokaż mi którąś po dzieciach, której nie została ani jedna fałdka. Będę jej stawiać wódkę do końca życia. Tobie też, jak chcesz.
– Poranne medytacje! – jedna z Wiedźm aż się posmarkała ze śmiechu. – Masz na myśli chyba te siedem minut rano na kiblu? Przy czym przez cztery ostatnie i tak już nie masz spokoju i drzesz się do dzieci, że nie zamierzasz przychodzić obejrzeć kolejnego samolotu z papieru. Znaaaaamy to.
– Nie, nie! – wtrąciła inna. – Chyba chodzi o te 45 sekund, kiedy dzieci już siedzą w fotelikach pozapinane, a ty obchodzisz samochód dookoła na miejsce kierowcy i to jedyny czas w ciągu dnia, kiedy ich darcie japy spada poniżej 90 decybeli. Bo są szczelnie zamknięte. Marta śmiała się już w głos razem z Wiedźmami. Ale przy kamieniu o seksie, spoważniały.
– Słodki jeżu, ja wiem, że niektórzy dziadersi mówią na to “obowiązek małżeński”. My zaś uważamy, że seks jest prezentem i to takim, który sama sobie wybierasz. Proszę cię, nie rób z tego punktu na liście do zrobienia. I jeszcze jakaś napinka, scenariusze… To jest przecież, do diaska, sposób na przyjemność!
Wreszcie Marta sięgnęła po ostatni kamień, jaki został w jej plecaku. I się zdziwiła. Ten jeden był gładki, bez napisu.
– Oho! – najstarsza z Wiedźm aż się poderwała. – Patrzcie na to!
– Co to znaczy?
– Ten musisz zatrzymać. Zabierz go z powrotem ze sobą.
– Ale dlaczego? – W głosie Marty pojawiła się nuta rozczarowania. Zdążyła się już rozkręcić z tym wyrzucaniem.
– Ten kamień przedstawia jakiś twój problem, który cię zżera od środka, a ty nawet nie jesteś tego świadoma. Dopiero, kiedy go nazwiesz, będziesz mogła go wyrzucić. Niepocieszona, schowała go do plecaka. Dopiła czekoladę, podziękowała i w zdecydowanie lepszym nastroju wróciła do domu.
Rozdział III
Kamień niestety nie zniknął w ten sam magiczny sposób, w jaki się pojawił. W domu Marta wyjęła go i położyła na swoim biurku. W kolejnych dniach domownicy obchodzili ją wkoło na paluszkach. Nikt nie śmiał o nic zapytać, ale czuć było ich lekką ciekawość i coś jakby strach. W końcu matka, co spędza noc w lesie – to nie do końca normalne zjawisko. Córka tylko spytała:
– Były dziki?
– Nie, same stare Wiedźmy.
I to ucięło temat. Nikt dalej nie roztrząsał. Codzienność wróciła na swoje tory i pozornie niewiele się zmieniło, przynajmniej na zewnątrz. W głowie Marty za to panował chaos. Miała duży kłopot z poukładaniem sobie w niej wydarzeń z pamiętnej nocy. Gdyby nie kamień i błoto na butach, sądziłaby, że wszystko to jej się przyśniło. Chwilunia. A może jednak była to halucynacja? Może w lesie wpadła w jakieś trujące grzybowe opary? Ostatecznie: na kamieniu, który przywlekła, nie ma żadnych napisów. Po tygodniu wyrzuciła go w ogrodzie, uznając, że takie pamiątki nie są jej potrzebne. Nie opuszczała jej jednak myśl: załóżmy, że Wiedźmy były prawdziwe. To znaczy, że są też inne kobiety od kamieni. Tu, w tej wsi. A może same Wiedźmy również tu mieszkają? Postanowiła być czujna. Wyściubić nos ze swojej bańki i pokręcić się po okolicy. Mieszkała w tej miejscowości od pięciu lat, ale na jej obrzeżu. Do tej pory przez jej centrum przelatywała samochodem na pełnym gazie, unikając jakichkolwiek ludzkich interakcji. Szczytem było odpowiadanie na “Dzień dobry” przy podstawianiu dzieci do przedszkola. Na więcej niż Kiss and Ride nigdy nie miała czasu, a zebrania rodziców zbywała mailem. Zakupy? W mieście, zawsze w kasie samoobsługowej. Czas wolny? Na pewno nie w tej dziurze, raczej w galerii handlowej. Oferta dla niej skądinąd przedstawiała się nader skromnie: chór kościelny i Koło Gospodyń Wiejskich. W skrócie: nie znała nikogo z miejscowych. A teraz pewnego sobotniego ranka Marta wybrała się na piechotę na zakupy. Plan: apteka, kwiaciarnia, market, kiosk z warzywami. Cel: obserwacja kobiet.
– W czym mogę ci pomóc? – matowym głosem odezwała się farmaceutka do klientki stojącej w kolejce przed Martą. Wyglądała przy tym, jakby nie spała z tydzień. Podkrążone oczy, blada cera.
– A może dla odmiany ja pomogę tobie, co Zuza? Widzę cię – odezwała się tamta czule. – Jesteś cieniem samej siebie. Kiedy przyjdziesz do nas? Zdaje się, że i tak nie sypiasz za dobrze, to równie dobrze możesz wpaść. A mamy prawie pełnię – ostatnie zdanie dodała prawie szeptem. Marta nadstawiła uszu.
– Przyjdę. Faktycznie już mi się ulewa. Będziemy się rozwodzić – szepnęła Zuzia z oczami wezbranymi od łez.
– Zrobię ci ten świetny napar, na pewno potrzebujesz energii. I wsparcia. Pamiętaj, że nie musisz tkwić w tym sama. Tylko przyjdź. A tymczasem daj mi melisę i żelki z witaminami dla młodego. Kartą. Trzymaj się.
Wychodząc przeszła obok Marty, nie spoglądając w jej stronę. Za to Marta jest pewna, że poczuła od niej mocny, ziemisty zapach. Pośpiesznie poprosiła o paracetamol i ruszyła do wyjścia. I do kwiaciarni.
– Pani Alicjo, te strelicje to będą kwitły? – to jedno pytanie sprawiło, że kwiaciarce para poszła uszami. Klientka stała przy regale z roślinami i oglądała je jak coś obrzydliwego. A były przepiękne, bujne.
Alicja ruszyła w stronę pytającej i po pierwszym kroku omal nie wywinęła orła. Potknęła się o spory kamień leżący przy ladzie. Martę aż zatkało na jego widok. Nie był to kamyczek ozdobny, jakie się widuje w kwiaciarniach. Dałaby głowę, że to kamień jak te z jej plecaka. Nim zareagowała, kwiaciarka pośpiesznie kopnęła go z powrotem pod blat i z szerokim uśmiechem zajęła się tłumaczeniem klientce, że ta odmiana w polskich warunkach niekoniecznie zakwitnie, tym niemniej warto taką posiadać, szczególnie w sypialni.
To, co Marcie rzuciło się w oczy w trakcie przechadzki, to więzi, jakie najwyraźniej miały ze sobą mieszkanki wsi. Wszyscy się tu znali i z niewielkimi wyjątkami odnosili do siebie przyjaźnie. A kobiety – troskliwie, prawie czule. Marta zauważyła uśmiechy wymieniane przy kasie w markecie, żarty przy stojaku rowerowym, delikatne gesty – jak dotknięcie ramienia, a nawet drobne podarunki. Kilka razy wydawało jej się też, że widzi kamienie podobne do swoich i to w miejscach co najmniej dziwacznych: jako stopery do drzwi, obciążniki do donic lub równiutko poukładane pod oknami, przy grządkach. Ale na żadnym nie mogła dostrzec napisu. Aż weszła do warzywniaka.
– Co ci podać? – zza skrzyni z kapustą i kalafiorem wystawały tylko czyjeś dość obfite pośladki. Po chwili zaś wynurzył się stamtąd rudy wiecheć okalający roześmianą twarz. Znajomą twarz.
– Dwie cukinie. I.. chilli? – Marta odważnie spojrzała sprzedawczyni w oczy.
– Posmakowało! – kobieta aż klasnęła w dłonie. – A czekoladę masz? Roztapiaj w kąpieli i powoli dodawaj śmietankę, a chilli dopiero na samym końcu – kobieta uwijała się przy ważeniu i pakowaniu cukinii. I żadnego alkoholu. Jakbyś miała wątpliwości, to ci od razu powiem, że my to tak na trzeźwo. Osiem dwadzieścia. A w ogóle to ja wiedziałam, że tutaj zajrzysz, wiesz? Nawet ekscytowałam się na tę myśl. A jak ten twój kamyczek? Patrz na ten! – paplając nieco za dużo wskazała stojący w rogu warzywniaka metrowy głaz. Ten również nie miał żadnej inskrypcji. Marta z wrażenia i nadmiaru informacji oparła się o skrzynię za sobą, zawirowało jej w głowie.
– Wrócę później, dobrze? – wyszeptała i wyskoczyła z warzywniaka jak oparzona.
– Oj, biedulka – westchnęła rudowłosa, poklepując czule swój kamień. – Jeszcze się z tym nie oswoiła. Marta oszołomiona wróciła do domu. Na progu zrzuciła z rąk dwie reklamówki zakupów, których istnienie dopiero teraz do niej dotarło. Rzuciła się na fotel w swoim pokoju. Odetchnęła. Odwróciła się w stronę biurka i kolejny wdech utknął w jej piersi. Na biurku leżał jej kamień. Jakimś cudem przemieścił się tu z ogrodu.
Rozdział IV
Początkowo podejrzewała dzieci. Ale szybko doszła do wniosku, że syn w ogrodzie bywa tylko, kiedy zabłądzi. Woli lego i konsolę. Hasztag: bardzozłamatka. A córka prędzej zje szpinak niż dotknie coś, co na spodzie mogłoby mieć pająka. Lub robala. Ponadto Marta miała wrażenie, że kamień zrobił się cięższy niż ostatnio. Musiała użyć obu rąk, aby przesunąć go na krawędź biurka. Trudno, niech tam leży. Zajmie się nim kiedy indziej.
Jednak kamień nie odpuszczał. Brzmi to idiotycznie, ale tak właśnie było. Każdego ranka Marta ponownie znajdowała go na środku biurka i ponownie odsuwała na bok. Każdego popołudnia po powrocie z pracy – również. Kamień, z upartością godną człowieka, w sposób dosłowny nie dawał jej spokoju. Po kilku dniach takiej przepychanki postanowiła go ignorować. Przeniosła się z laptopem do jadalni. Wtedy nocami zaczął spadać z hukiem na podłogę. Co ciekawe, wybudzał tylko Martę. Miała już tego serdecznie dość. Czego od niej chciał? Co oznaczał?
– Jak do cholery mam sobie niby uświadomić, co mnie zżera? Wszystko mnie zżera! Jestem już do szczętu zeżarta! Od środka szarpie mnie tyle rzeczy, że to szukanie igły w stogu siana! Istny Dzień Świra!
Zdecydowała się przejść się do warzywniaka. Od progu wypaliła: – Co oznacza twój głaz i dlaczego nie wyrzuciłaś go w lesie?
Rudowłosa Wiedźma spojrzała na Martę z troską.
– Twój daje ci się we znaki, co? Siadaj. Opowiem ci. Zamknę tylko sklep, już po szóstej.
Herbatki?
Marcie zeszło nieco powietrza. Usiadła i przyjęła napój. Zerknęła na leżący w rogu pomieszczenia głaz. Wydawał jej się jeszcze większy niż ostatnio i wyrastający wprost z ziemi.
Ruda przechodząc pogłaskała go z czułością, jak głaszcze się psa.
– Nie wyrzuciłam go z dwóch powodów. Po pierwsze, jak widzisz, jest trochę spory – zachichotała. – Po drugie i ważniejsze: chcę go tutaj mieć. A to dlatego, że wiele dla mnie znaczy. Gdyby miał mieć napis, powinno to być: “Siedź w kącie, a znajdą cię”.
– Nie rozumiem – zdziwiła się Marta.
– Tak mnie wychowano. Zobacz, on nawet siedzi w tym kącie faktycznie. I ja potrzebuję go, żeby tam siedział. Zamiast mnie! – radośnie dodała. – Kiedy byłam mała, dorośli mocno wpajali mi, że w życiu należy być skromnym, cichym i pogodzonym z losem. A będąc dziewczynką, to już w ogóle. Im mniej było mnie widać i słychać, tym lepiej. Im mniej od życia chciałam, tym dla nich łatwiej. Miałam się nie wychylać ani z marzeniami, ani z talentami, których zresztą mi odmawiano. Bo co to za talent: ładne rysowanie czy układanie klocków! Generalnie miałam tylko czekać w gotowości, aż ktoś mnie znajdzie i pielęgnować.. Jak to było? O! “Cnoty niewieście”! I tak pół życia czekałam, prawie niewidoczna. Zawsze w cieniu. Z pragnieniami zawiązanymi na supeł. Czy mnie ktoś znalazł? Oczywiście, znajdowali, ale zawsze tylko wtedy, kiedy mogłam do czegoś komuś się przydać. Marta słuchała zahipnotyzowana. Ruda emanowała niezwykłą siłą i energią. Była tak pełna życia, emocji i kolorów, że trudno było sobie wyobrazić ją siedzącą gdzieś z boku i przygaszoną.
– I kiedy pękłaś?
– Nie pękłam. Moje ciało pękło za mnie. Pewnego dnia w pracy straciłam przytomność. Odwodnienie, przemęczenie. Sama się do tego doprowadziłam – tak bardzo w poważaniu miałam swoje potrzeby. Osunęłam się na podłogę w magazynie. Po chwili odzyskałam świadomość, jednak byłam zbyt słaba, by wezwać pomocy. Hałas maszyn na hali mnie zagłuszał. Zgadnij, kiedy się zorientowali, że mnie nie ma?
– Mam nadzieję, że dość szybko?
– Na kolejnej zmianie! Przeleżałam w tym kamerliku sześć godzin i nikomu nie zrobiło to różnicy! Mąż też wzruszył ramionami, kiedy go spytałam, czy odczuł mój brak w domu aż do wieczora. Stwierdził, że rozczarowała go podejrzanie skromna zawartość lodówki, ale se poradził, bo usmażył sobie jajka.
– Już ja bym mu, kurwa, usmażyła jajka.. – przemieliła w zębach Marta. Roześmiały się obie.
– Co było dalej? – Martę paliła ciekawość.
– Dalej to opowiem tylko, jeśli zjawisz się kiedyś u nas w lesie – mrugnęła do Marty okiem. – A teraz gonię na siłkę. Nie zamierzam tracić z wiekiem swojej cennej tkanki mięśniowej! Także, Marto, nie chciałabym być niegrzeczna, ale.. – Ruda żwawo poderwała się, sygnalizując koniec pogawędki.
– Jasne, już spływam – Marta też wstała i z lekkim ociąganiem przesunęła w stronę drzwi – Tylko.. Ty jakimś cudem wiesz, jak ja się nazywam, a jak ja mam się zwracać do ciebie?
– No jak to: jak? Ruda! Do zobaczenia! – Ruda na koniec obdarowała Martę naprawdę promiennym uśmiechem. Marta powlokła się do domu. Na myśl o swoim kamieniu wzdrygnęła się.
Rozdział V
W domu panował przyciężkawy półmrok jesiennego popołudnia. Marta zwlekała z zapaleniem lampki. Żeby odnaleźć włącznik musiałaby po omacku go szukać ręką na biurku, a to groziło przypadkowym dotknięciem kamienia. Nie umiała tego pojąć, ale od jakiegoś czasu zaczęła się go brzydzić. Czuć go było błotem, lasem, mchem i sam fakt, że ciągle jeszcze sterczał na jej pięknym, designerskim biurku doprowadzał ją do szału. Nad nim, na tablicy korkowej wisiał przygwożdżony pinezką numer telefonu do terapeutki. Polecanej w sieci, pięć gwiazdek. I to w ten skrawek papieru w tej chwili uparcie się wpatrywała w ciemności. Powiesiła go tutaj z pół roku temu. Nigdy nie zadzwoniła. Dlaczego? Bo brak czasu, bo dzieci, bo terminy pewnie odległe, bo wiadomo, że drogo i najważniejsze: bo trzeba się przed kimś wybebeszać. A ona przecież poradzi sobie sama. Naszła ja myśl: odkąd pamięta, zawsze daje sobie radę sama. Dumna jest wręcz z tego. Zupełnie jak jej matka, która po śmierci ojca ogarnęła życie koncertowo, a potem wywiesiła to sobie na sztandarze nad głową. Do tego ten sztandar kazała przez resztę swojego życia całować swoim córkom. I dobrze zapamiętać: najbardziej wartościowe jest nie proszenie się o pomoc. Godność. Hardość. Wytrwałość. Prawdziwa bohaterka. Nie to, co ten jej mąż, słabiak. Stracił pracę, przyszły trudniejsze czasy i co? I nie dźwignął. Wymeldował się z życia, jak jakiś tchórz, szczur z tonącego statku. A ona, heroina, to podniosła i uciągnęła na własnych barkach, nie prosząc nikogo o nic. Na dwóch etatach, z trójką dzieci. Żywy pomnik domagający się pochodów, pokłonów albo i ofiar z ludzi.
Żyj z czymś takim.
Matka zmarła już dobre kilka lat temu, ale w głowie Marty wciąż kołatał się jej głos. Jej wszystkie przestrogi i zasady, które latami w nią wlewała, wtłaczała i jeszcze ugniatała kolanem. Słyszała go tak wyraźnie, jakby matka uparcie stała wciąż i wciąż za jej plecami. Ale nie jak podpora. Jak coś z horroru gotowe zbliżyć się do ciebie i wysać resztki twojej duszy.
– Musisz sama sobie z tym poradzić, wiesz? Jesteś już zupełnie dorosłą lalką. Nie będę cię wyręczać we wszystkim. Ja sobie świetnie daję radę sama, Jessico, a ty co? Marta podskoczyła jak rażona piorunem.
Jessico.
Lalką.
Poczuła jak w jej czaszkę wlewa się nieopisany chłód. To nie był głos matki w jej głowie. Choć mógłby nim być. Tym razem był to całkowicie realny głos jej córki bawiącej się w pokoju obok.
Rzuciła się do drzwi.
W ciepłym świetle dziecięcego królestwa zobaczyła, jak jej córka, Gaja, przebierała i usadzała lalki na przyjęciu urodzinowym jednej z nich. Marta zatrzymała się na krawędzi światła wypadającego przez drzwi na korytarz i poczuła jak wzbiera w niej silna fala czegoś, czego nie potrafiła nazwać: mieszaniny żalu, gniewu, strachu.
– Nie chcemy na naszym przyjęciu mazgajów. Popatrz na siebie, Jessico, tylko zawracasz nam głowę. Ogarnij się – głosem Gai przemawiała lalka wyglądająca na najstarszą na imprezie.
Ogarnęła się za to Marta. Weszła do pokoju i jednym ruchem wyrwała córce lalkę z dłoni:
– Nie jestem mazgajem! Każdy może mieć słabszy czas i z czymś sobie nie dawać rady! Potrzebuję po prostu pomocy. Pomożecie mi?
– Jasne, Jessico – Gaja zupełnie nie zauważyła, że Marcie po ostatnim zdaniu popłynęły z oczu łzy.
To była ta chwila, kiedy Marta zrozumiała, co przez całe życie w niej tkwiło. Słowa matki, wbite w nią jak ciernie. Ciasno ja oplatające i raniące przy najdrobniejszym ruchu: “Ze wszystkim musisz sobie poradzić sama.” Słowa, które spadły na nią i dociskały w tych wszystkich codziennych obowiązkach. Słowa, które nie pozwalały na oddech, odpoczynek, urlop. Albo o zwrócenie się o pomoc. Zażądanie jej nawet, wyznaczenie granic. Okrutne samozaprzęgnięcie się w niekończący się kierat, bez wytchnienia. A teraz, o gorzka ironio, słowa te miałyby zostać przekazane przez nią – Martę dalej i odziedziczone przez jej córkę. Jeszcze przecież tak małą i krucha istotę. I mająca prawo kruchą pozostać. Nie, Marta stanowczo dla swojej córki takiego bagażu nie chciała. Zeszła na dół. Wymacała włącznik światła na biurku i wykręciła numer telefonu. Kolejnego dnia okazało się, że kamień zniknął bez śladu. Marta przeszukała cały dom z mieszaniną ulgi i osłupienia. I wtedy dostrzegła swoją córkę w ogrodzie, pod klonem. Stojącą nad niewielkim kopczykiem usypanym z ziemi.
– Zakopałam go – oznajmiła z dumą. – To był naprawdę brzydki i ciężki kamień. Nie pasował w twoim pokoju wcale a wcale. On był ci w ogóle potrzebny?
– Nie, Gaju, zupełnie nie. Dziękuję, że pomogłaś mi się go pozbyć.
W lesie rozległ się głośny śmiech.
Kamień tam już został.
Niektóre historie kończą się tylko po to, żeby zrobić miejsce następnej.