Rzecz o wracaniu I
Moment, w którym rozumiesz, że rodzinny system działa świetnie głównie dlatego, że Ty znikasz na końcu listy priorytetów. O domowej taktyce salami, niewidzialnej pracy, zależności finansowej i cyrografie, którego wiele z nas nie doczytało na czas.
Zobacz dodatki do tego opowiadania:
Opowiem Ci o momencie, w którym jasne stało się, że kiedyś najwyraźniej podpisałaś na siebie cyrograf.
Tak naprawdę to ani Ty, ani ja nie określimy dokładnie daty czy nawet miejsca, kiedy ów moment olśnienia nastąpił. A to dlatego, że to był ten pierwszy kamyczek, z którym poszła prawdziwa lawina kolejnych i kolejnych takich sytuacji.
Myślę, że w chwili tej bezdyskusyjnie pojęłaś, że własnie opuszcza Cię jakaś część samej siebie. Przez chwilę stoi obok i ma ochotę uciec. Ale nie może. Przebiera nogami w miejscu, a Ty zastygłaś – i nic. Ani drgnąć. Siedzisz, jak ten pies na łańcuchu. Nie szarpiesz, bo po pierwsze: wiesz, że to bezcelowe, a po drugie: przecież jesteś przy swojej budzie i misce. Przecież jesteś dokładnie tu, gdzie powinnaś być, prawda? Więc dokąd niby masz iść?
Okoliczności tej chwili?
Może to był dzień, kiedy po imprezie wysiadła Ci zmywarka i okazało się, że nikt nie zbawi Cię od dwugodzinnego stania przy garach. Zrozumiałaś wtedy, że zupełnie nie chodzi w tym o zmęczenie, tylko o to, jak bardzo dla wszystkich oczywiste jest, że to jest właśnie Twoje miejsce w strukturze wszechświata. Nie laboratorium biochemiczne, nie orbita okołoziemska, nie parlament, nawet nie zlot pasjonatek szydełkowania i ogrodnictwa balkonowego, tylko ten żałosny kwadrat – ta jedna płytka przy zlewozmywaku.
Zdaje się, że po tym wyczynie, kiedy spojrzałaś na swoje ręce, pomyślałaś, że może nie warto robić już w ogóle w życiu żadnego manicure.
A może to był ten dzień, w którym infekcja wirusowa Twojego dziecka przeszła w bakteryjną i zdałaś sobie sprawę z tego, że to będzie kolejny, trzeci już tydzień, jak nie wyjdziesz nigdzie z domu. Trzeci tydzień w jakimś limbo, w którym nie ma już ani “przed” ani “po”, wszystkie Twoje plany uległy przeterminowaniu i unieważnieniu, a każdy Twój krok poza domowym habitatem, w który już dosłownie wrosłaś, musi być dokładnie zsynchronizowany z planami drugiego rodzica.
Tego rodzica zapasowego, pomagającego, podczas gdy Ty jesteś ten numer jeden, domyślny dla systemu. I to Ty, niczym jakiś slime, musisz elastycznie się dopasowywać, wypełniać dopuszczalne i możliwe luki w czyimś nagle nazbyt sztywnym harmonogramie. Skapywać w dostępne przestrzenie. I modlić się do bóstw chaosu, żeby na jednym antybiotyku się skończyło. Po tym wszystkim, kiedy pierwszego dnia odstawiłaś latorośl do przynależnej placówki – powiedz – czy wiedziałaś jeszcze kim jesteś i co powinnaś teraz ze sobą zrobić, poza dokupieniem makaronu w Biedrze?
A może to była ta chwila, kiedy już stałaś w drzwiach z matą do jogi w ręce, kiedy zadzwonił ten Twój zapasowy współrodzic, że nie dojedzie na czas do domu, żeby przejąć opiekę nad dziećmi. A Ciebie od tygodnia łupie w krzyżu, masz po zimie z pięć (dziesiąt?) zbędnych kilogramów i wyjątkowy pik motywacji właśnie dzisiaj. Jutro już może go nie być. Stoisz na tym progu i opadasz z nadziei, że kiedykolwiek uda Ci się jeszcze odzyskać swoje ciało. Coś zrobić dla siebie w wolnym czasie.
Bo nie za bardzo jest ten wolny czas. Bo zawsze coś.
Karnety na przykład zupełnie już nie mają żadnego sensu.
Pomyślałaś: “Od kiedy, do cholery, moje zdrowie jest negocjowalne?”
Albo mogło to być wtedy, kiedy po kolejnej słabo przespanej nocy (bo jakaś sześcioletnia pięta wbijała Ci się pod żebro od trzeciej nad ranem), wdepnęłaś w rozmazane na podłodze resztki kanapki z dżemem z wczoraj i odkryłaś, że oto znów objawia Ci się porządek tego uniwersum: już od jakiejś dobrej chwili wszyscy ja omijają, przekraczają i nikt jej stąd nie zamierza sprzątnąć, bo przecież wszyscy uważają, że to Twoja działka.
Twoja działka: Sprzątanie. Gotowanie. Pranie. Prasowanie. Zmywanie. Szorowanie. Planowanie. Pamiętanie. Przygotowywanie. Pakowanie. Kupowanie. Zamawianie. Organizowanie. Umawianie. Leczenie. Kojenie. Usypianie. Jeżdżenie. Zawożenie. Dowożenie. Załatwianie.
Za – łatwianie.
Tak – ten wyraz w języku polskim, którego nie da się przetłumaczyć na inne języki. Załatwianie, czyli sprawianie, że coś jest łatwe. Dla kogoś, nie dla Ciebie. Ogarnianie. Kombinowanie. To jest silnik, który podtrzymuje ten skomplikowany system w działaniu. Z zewnątrz zdawałoby się: perpetuum mobile. Szkoda tylko, że nikt nie widzi, że jednak Ty opadasz z sił, bateryjka wyczerpuje się, łańcuch zawija wokół łap. Miska pusta. W budzie dziura.
No właśnie: pusta miska.
Może Twój moment, w którym zrozumiałaś, że podpisałaś jakiś cholerny cyrograf, wcale nie nastąpił w warunkach domowych, a w pracy? Kiedy po powrocie z macierzyńskiego okazało się, że Twój dawny podwładny teraz będzie Twoim przełożonym? Albo że przeniesiono Cię do innego, mniej prestiżowego działu w związku z ilością branego chorobowego na dziecko? Albo, tak jak u mnie: kiedy okazało się, że Twoja własna firma właśnie zdycha i nie ma co reanimować? Spodziewałaś się, że tak bardzo wypadniesz z obiegu? Na tyle lat? Masz w ogóle do czego wracać? Masz siły? Jak tam w tym wszystkim Twoje finanse? Jesteś jeszcze w stanie sobie sama zapełnić miskę? Czy też może jakoś tak umknęło Ci, w którym momencie stałaś się nazbyt zależna finansowo? I obecnie bujasz się z koniecznością przedyskutowywania z domową komisją nadzoru finansowego każdych wacików? Z takimi codziennymi upokorzonkami:
Majtki za czterdzieści dziewięć złotych?
Będziesz je komuś pokazywać?
Domyślam się, że założenie rodziny było Twoją świadomą decyzją. Że chciałaś tego tak bardzo jak ja. Prawdopodobnie też tak jak ja – miałaś wyidealizowany obraz całego tego, nazwijmy to: interesu.
A jeśli nie, to zaawansowany Jakośtobędzizm.
Wszyscy przecież tak robią. No cóż to takiego, przecież to życiowy standard: praca i rodzina. Wielkie rzeczy. Przecież można mieć wszystko poukładane, nie żyjemy w dziewiętnastym wieku. Mama i babka jakoś dawały radę, to w czym problem. Przecież tworzycie zespół dwójki kochających się i rozumiejących ludzi. Co może pójść nie tak? Takie dogadanie się w małżeństwie, partnerstwie – przecież to nie żaden cyrograf, nie żaden wyrok. Normalna umowa.
Prawda?
Ja bez oporu wskoczyłam do tej rzeki, jak tylko znalazłam miłość. Czując nawet, że oto spotyka mnie coś naprawdę wyjątkowego. Nie każdy przecież ma tyle farta. Kto by się w takiej sytuacji przejmował jakimiś szczegółami? Disney metodycznie uczył mnie jedynie słusznych zakończeń: I żyli długo i szczęśliwie. Ja już w czwartej klasie miałam w pamiętniczku opisany model mojej szczęśliwej rodzinki: domek z białym płotkiem, kochający mąż u boku, dwójka dzieci i piesek.
I co?
I z grubsza tak jest.
Wszystko poszło bardzo dobrze. Nawet idealnie, jeśli odjąć kolor płotku i póki co, również psa.
To co mi nie pasuje? Z czym ja niby mam problem?
Ano z tym, że jednak znalazły się w tej umowie pewne zapisy u dołu strony, drobnym druczkiem, w nawiasie i z gwiazdką. Mimo rozmów, ustaleń i zgodności dwójki kochających się ludzi.
W praktyce niestety okazało się, że spółka pod nazwą Rodzina nie będzie działała w równouprawnieniu i symetrii dla obojga jej sygnatariuszy. Zupełnie nie przyszło mi do głowy, że tak realnie – to ja jestem przedmiotem, a nie podmiotem tej umowy. Moje funkcjonowanie, tak dokładniej. Mój czas i siły – występujące w niej jako zasób do niczym nieograniczonej eksploatacji, za to z ograniczoną możliwością uzupełniania.
U mnie okazało się, że to spółka z najbardziej ograniczoną odpowiedzialnością, jaką widziałam. Tak wiele wkładanych każdego dnia aktywów, a dywidenda tak skromna, mówiąc językiem biznesowym.
Jak do tego doszło, nie wiem. Cytując klasyka.
Czyżbym była nieuważna? Czyżbym została oszukana?
Nic z tych rzeczy. Na wszystko się godziłam. Są na mnie kwity.
To co zaszło?
Po prostu nie doszacowałam skali i czasu trwania tego przedsięwzięcia. I tego, że będzie na mnie stosowana Taktyka Salami. Za każdym moim ustępstwem pójdzie oczekiwanie kolejnych i kolejnych, aż w końcu wszyscy przywykną do tego, że jestem na każde zawołanie i że ta od ściery i brania chorobowego – to wyłącznie ja.
Chcesz wiedzieć, jak wygląda ta taktyka w domowych warunkach?
Oddam głos drugiej stronie umowy – tej odkrawającej moje zasoby jak owo salami – plasterek po plasterku, cieniutko i równiutko. Świadomie? Nieświadomie? Z wyrachowania? Z wygody? Skompilowałam pojawiające się na przestrzeni tych wszystkich lat wypowiedzi obrazujące działanie mojego cyrografu w praktyce:
Bo przecież karmisz piersią.
Bo więź niemowlę – matka.
Wiadomo, że to tylko dopóki są małe.
No ale oboje tego chcemy, nie?
Bo przecież i tak z nią zostajesz w domu, nie histeryzuj.
Bo mam dedlajn, wytrzymaj jeszcze tydzień.
Bo tylko ty umiesz w zupę jarzynową.
Oni tylko twoje kotlety jedzą.
Bo jak ja jej daję, to wypluwa.
Ty coś w ogóle robisz, jak tu tak siedzisz cały dzień?
Czemu lodówka jest pusta?
No już dobrze, pojadę, już się nie obrażaj. Tylko mi zrób listę.
Nie wiem przecież jaki ma rozmiar pieluch. Skąd mam wiedzieć?
Keczup? No zapomniałem. Był na tej liście?
Co na obiad? Bo jestem głodny.
Czemu zawsze brakuje mleka!?
No chyba łatwiej będzie jak jednak ty ogarniesz dzisiaj oboje.
Nie spałem dobrze, bo mnie w nocy wszyscy budziliście tym lataniem do łazienki.
Bo u mnie lepiej zawsze siostra odkurzała. Nie musiałem.
Kible to nie moja działka. Mogę ci je zalać domestosem.
Odkurzyłabyś se kiedyś samochód, jak w chlewie tu jest.
Nie no, moim nie jedziemy, jeszcze mi nasyfią.
Znowu im bajki włączałaś? Jak już tak siedzisz, to jednak pobaw się jakoś z nimi, co?
Bo miałem dwa calle i jak miałem tę zmywarkę niby zrobić?
Tak, przez sześć godzin.
Bo się spieszyłem i nie zauważyłem, że wylane.
Nie rób scen. Możesz przecież wytrzeć.
Okna trzeba by umyć w tym tygodniu. Całe upaćkane.
Bo ktoś tu musi was utrzymać.
Bo i tak już zarabiasz mało.
I jeszcze mniej, teraz to daj se spokój.
Wiesz, ile kosztuje niania? Tylko na nią będziesz robić i tak nie zarobisz.
Potrzebuję na jutro te dżinsy wyprane.
No już odnoszę ten talerz, ileż można o tym gderać.
Wszystko muszę robić jak tylko tupniesz nogą? Przecież mówiłem że odniosę.
O matko, no nie trafiłem do kosza. Przecież możesz podnieść, nie?
No chyba mam jeszcze prawo do odpoczynku?
Wszedłem w butach, bo mi się spieszyło, przecież to się umyje.
To się zaklei. Pomaluje. No kiedyś, nie wiem, w następny weekend. Przypomnij mi.
Bo przecież lubisz mieć na kosmetyki, z tego co wiem.
Bo i tak się ze mną nie chcą bawić.
Ty wiesz, ile ja tu w domu robię?!
A kto kosi? A garaż kiedyś sprzątałaś?
Do mechanika to ja jeżdżę.
To się wypierze, o co ta afera.
No ale to przypomniałaś mi o tym? A teraz masz pretensje.
Lekarka się pyta, czy byli szczepieni.
Nie wiem, ile ważą! Tu jest napisane 3,5 ml ale od 10 kilo.
Który to ten na suchy kaszel?
Bo przecież nie wyjmę sobie tygodnia z życia, mam spotkania poumawiane.
Jedziemy na urlop! No teraz, a kiedy? Teraz mam wolne. Poszukasz czegoś?
No to odwołaj sobie klientkę. Chyba może przyjść dzień później?
No to położysz ich spać i ja cię obudzę, wtedy se skończysz. Zresztą – co to za praca!
Muszę nadrobić po urlopie, będę teraz wracał o siódmej.
No ale ty przecież nie chodzisz na żadną jogę. Kiedy byłaś ostatnio niby?
Jak se nie radzisz to po matkę zadzwoń.
Nie, na pewno nie pojadą na weekend do babci, przecież ona ich utuczy jak gęsi.
Ja mam koszenie, zajmij się nimi.
Bo jestem zestresowany i jak nie pójdę na ten trening to mnie rozniesie.
Ty też coś dla siebie zrób. Pobiegałabyś może? Fitness?
Nie wiem, to może w środę o 18:00 z nimi zostanę. Nie no, nie jutro – następną.
O, albo w poniedziałek sobie idź, o 10:00. I tak nie pracujesz, co za różnica.
Musisz dzisiaj ty go zawieźć na rehabilitację, bo mi się klient przełożył.
No przełożył. To nie moja wina. Przecież nie odmówię.
No nie mogłem wyjść wcześniej. No wiem, że jestem jego szefem, ale zagadaliśmy się.
Skocz po chleb. No, teraz. Nie ma na kolację.
Ileż można zakupy robić? W innym województwie po tę marchew byłaś?
W weekend mamy spotkanie firmowe. Ale ty nie chcesz, nie? Nikogo nie znasz.
Ile ty wydajesz na ubrania? Nie przesadzasz trochę?
Przecież i tak z domu nie wychodzisz, po co ci ta sukienka.
Patrz, kupiłem sobie trzy koszule. Fajne? No, na spotkaniach muszę dobrze wyglądać.
Nie wiem kiedy! Daj mi spokój.
Jesteś jak twoja własna matka.
W tym miesiącu mniej ci przeleję, bo w poprzednim płaciłem ci za paliwo.
A prezent na dzisiaj dla nich kupiłaś?
Ja wiem, że mówiłem, że odbiorę, ale stoję w korku. Musisz po nich jechać sama.
Ten list mi odebrałaś? Jeszcze ci kod do paczkomatu wyślę.
No zapomniałem ci przelać, dojadę do biura, to zrobię.
No wiem, że wczoraj prosiłaś, nie bądź taka niecierpliwa, dopiero siódmy marca dziś.
Poszedłem spać, a rano miałem zebranie, skąd miałem wiedzieć, że już teraz ci brakuje.
Kupiłaś mi szampon? Pisałem ci.
No to znajdź sobie wreszcie jakąś pracę.
Nie wrócę, na 19:00 się umówiłem z kolegami na squasha.
To tylko koleżanka, nie przesadzaj.
Bo z nią to można o życiu porozmawiać, ma jakieś pasje, nie to co ty.
No i co, że o dziesiątej wysyła. To tylko zdjęcie tatuażu.
Bo przytyłaś i patrzeć na ciebie się nie da, ogarnij się.
Patrz, ta laska jest trenerką, super wygląda, zapisz się do niej.
To se zarób, przecież możesz.
Może byś wskoczyła w tamtą bieliznę, co lubię?
Nie chcesz, to nie, tylko potem nie miej pretensji, jak ja nie będę chciał.
Ty to wiecznie zmęczona jesteś. Tylko wymówki.
Inni mają jakoś jednak te priorytety poustawiane, a ty nic nie ogarniasz.
Wszystko jest przecież kwestią organizacji.
I wiesz co? Po kilkunastu latach małżeństwa w końcu pojęłam te słynne priorytety i organizację. Trochę mi to zajęło, nie ma co. I to dokładnie o tym do Ciebie tutaj mówię – to był właśnie ten drobny maczek w cyrografie, albo w ogóle może nawet atrament sympatyczny. Ten, którego wiele z nas nie doczytało na czas. Ten, który wyraźnie czyni umowę niesprawiedliwą.
Napisane było:
Bez problemu uda Ci się stworzyć doskonale zorganizowany i perfekcyjnie hulający rodzinny system pod warunkiem dobrze zdefiniowanych priorytetów. Z zewnątrz wszyściutko będzie idealnie tak, jak być powinno. Pełen sukces na Twoim koncie. Idealny obrazek. Idylla. Płynność działania całego przedsięwzięcia oraz zadowolenie drugiej strony umowy. Twoje również, przynajmniej przez jakiś czas.
Wyobraź sobie tylko, że właściwie zdefiniowane priorytety oznaczają po prostu właściwą kolejność zaspokajania potrzeb członków rodziny.
Wszystko będzie wspaniale, dopóki Twoje będą na końcu.
Serio.
Zniknij.
Niektóre historie kończą się tylko po to, żeby zrobić miejsce następnej.