Dzień, który się nie wydarzył

Wspierające bajki 6-9 lat Bajki z szuflady

Dzień, który się nie wydarzył

Kiedy Marysia trafia do zapomnianego sklepiku przy ulicy Ważniackiej, odkrywa miejsce pełne rzeczy, których nikt nie chciał, nie powiedział, nie zrobił albo nie zdążył przeżyć. A wśród nich — maleńkie srebrne pudełko przewiązane błękitną wstążką. W środku ma być „Dzień, który się nie wydarzył”. Tylko czy jeden taki dzień może naprawić coś, co psuło się od dawna?

Posłuchaj tej opowieści Przejdź do zabaw twórczych

Rozdział I

Ten niewielki zaułek na ulicy Ważniackiej wszyscy mieszkańcy miasta raczej omijali z daleka.

Sama ulica mieściła się w Zajętowie, w ścisłym centrum. W ciągu dnia, jeśli nie stał na niej sznurek nerwowo trąbiących w korku samochodów, to chodnikami pędził potok ludzi. Słowem – była to najbardziej tłoczna i ruchliwa ulica w miasteczku. Za to, wraz z godziną zamknięcia wszystkich mieszczących się na niej sklepów, banków, salonów piękności oraz restauracji bardzo szybkiej obsługi, robiło się na niej bardzo pusto i cicho.

Wtedy dopiero, kiedy opadał kurz i wrzawa, można było dostrzec, że dokładnie w jej połowie mieści się jedna, jedyna malutka brukowana uliczka odchodząca w bok. Nie miała ona nawet swojej nazwy, a domy przy niej odziedziczyły numery po swoich sąsiadach z głównej ulicy – pięknych i dumnych kamienicach oznaczonych złoconymi liczbami 113 i 115. Okoliczni mieszkańcy i listonosz dawno już do tego przywykli, że w zaułku mieszczą się Ważniacka 113A i Ważniacka 115A, ale same domy czuły, że nie mają nic wspólnego z byciem ważnym i zajętym – w końcu były to zwykłe budynki gospodarcze, jakich wiele na wszystkich podwórkach. Te różniło tylko to, że zostały przerobione na kilka mieszkań i, co ciekawe, również na jeden maleńki sklepik.

Co mogło znajdować się w maleńkim sklepiku w równie maleńkim zaułku, który wszyscy w swej zajętości Zajętowa omijali szerokim łukiem?

Nad tym właśnie zastanawiała się Marysia spoglądając nań z okna uroczej kawiarenki mieszczącej się naprzeciwko – przy Ważniackiej 112. Stary szyld sklepiku był tak zardzewiały, że ledwo dało się na nim coś dojrzeć. Zresztą litery tworzyły takie zawijasy, że Marysia, dokładnie od dziś już siedmioletnia i niezbyt jeszcze biegła w czytaniu, i tak nie umiałaby ich rozszyfrować.

W kawiarni siedziała z mamą na lodach. I chociaż świętowały tam urodziny Marysi i powinno im być wesoło, to w powietrzu wisiała jakaś nieprzyjemna gęstość. Mama się uśmiechała, mocniej zaciskając zęby, a jej telefon co rusz rozświetlał się powiadomieniami. Marysia wiedziała, co jest nie tak: miał z nimi być jeszcze tata. Ale nie było. Znów nie dotarł z jakiegoś superhipermegaultraważnego zebrania w swojej pracy. Mimo że mama nie powiedziała tego wprost, widać było, że solidnie się na niego złości.

A czy Marysia się złościła? W sumie – nie. Prezent już dostała, a do tego, że taty prawie nigdy nie ma i że prawie zawsze nie dotrzymuje swoich obietnic, to już zdążyła się przyzwyczaić.

–  To co? Na co masz ochotę, Marysiu? Może teraz do zoo? To Twój dzień, decyduj! – Spytała mama starając się uśmiechnąć jeszcze szerzej pomiędzy jedną a drugą odpowiedzią na wiadomości w telefonie.

–  Chciałabym zobaczyć, co jest tam – Marysia pokazała palcem na drugą stronę ulicy.

–  Tam? – oczy mamy zrobiły się szerokie ze zdziwienia. – Nie no, Marysiu, tam jest tylko jakieś podwórko i stary, zamknięty już sklep z… kurczę, z czym on był? Mama szukała w pamięci jakiegoś dawno zapomnianego słowa:
– Co to mogło być? – myślała na głos – Pasmanteria? Galanteria? Modystka? Introligator? Zakład ramiarski? Tapicer?

Teraz to Marysia otwarła buzię pod wrażeniem ilości niezrozumiałych dla niej słów, które przed chwilą usłyszała.

–  Chyba jednak modystka. Wiesz co? Babcia Hanka będzie wiedziała. Zapytam ją przy okazji – mama najwyraźniej się poddała.

–  Modystka… – powtórzyła Marysia szeptem, jak jakieś zaklęcie.
Mama przełknęła łyk kawy i pogrzebawszy chwilę w telefonie, triumfalnie oznajmiła:

–  W centrum handlowym jest dziś jakaś wielka wystawa egzotycznych zwierząt! Co ty na to? Węże, papugi, a nawet aligatory w basenie!

–  Może być – odparła zrezygnowana Marysia. Nie podzielała jej zachwytu.

–  Tata dojedzie?

–  Nie wiem – ponownie zaciśnięta szczęka mamy podpowiedziała dziewczynce, że nie ma co drążyć tematu. Zebrały się do wyjścia. Wstając od stolika, Marysia jeszcze raz rzuciła ciekawskie spojrzenie przez okno.

– Introligator lepszy niż aligator… – zaśmiała się pod nosem.

„Co mogło znajdować się w maleńkim sklepiku w równie maleńkim zaułku, który wszyscy w swej zajętości Zajętowa omijali szerokim łukiem?”

Nazajutrz Marysia została w domu pod opieką starszej kuzynki, Nastki. Tak teraz miało wyglądać nadchodzące kilka tygodni – całodzienne siedzenie z Nastką w domu. W zeszłym tygodniu, ku radości wszystkich dzieci, zaczęły się wakacje, ale jak to gorzko stwierdzili rodzice: niestety nie dla nich. Dorośli i wakacje – to nie idzie w parze.

Dziś też już popędzili do pracy. Tata już o szóstej otwierał garaż i obudził tym Marysię. Mama została do śniadania i do przyjścia kuzynki. Mocno spóźniona nastolatka Nastka najpierw sporo się nasłuchała od mamy o odpowiedzialności, ale zaraz po tym, jak za mamą zamknęły się drzwi, rzuciła w Marysię pilotem od telewizora, a sama wsadziła nos w komórkę.

–  Ja sobie tu tylko dorabiam. Nie zamierzam cię niańczyć – dodała, rozkładając się na kanapie ogrodowej.

–  Spoko. Będę w pokoju – Marysia w sumie nie od dziś wiedziała, że nie ma się co spodziewać większego zainteresowania ze strony dwa razy starszej dziewczyny. Najpierw faktycznie poszła do siebie. Ale bardzo szybko nuda wzięła górę i dziewczynka przypomniała sobie o wczorajszych zaklęciach.

– Pasmanteria… – powiedziała przeciągle. – Piękne słowo. Brzmi jak jakieś imię!

Wtedy w jej głowie pojawił się nad wyraz odważny plan, aby wymknąć się swojej niezaangażowanej opiekunce i obejrzeć zapomniany zaułek jeszcze raz, tym razem z bliska. Bardzo ją intrygowało, co to za sklepik tak ją wczoraj przywoływał swoim zardzewiałym szyldem.

Wyszła zupełnie niezauważona z domu. Sama przy tym była pod wrażeniem swojej śmiałości i odwagi. Dotychczas nie wychodziła w pojedynkę prawie wcale – co najwyżej posłana po szybkie zakupy do pobliskiego warzywniaka albo do koleżanki mamy kilka domów dalej – coś zanieść albo pożyczyć.

Owszem, nieco się bała. Dlatego raźnym krokiem i z duszą na ramieniu przemykała ulicami, by jak najszybciej dotrzeć do zaułka przy Ważniackiej.

Kiedy stanęła przed sklepikiem, wciąż nie była pewna, co jest napisane na szyldzie. Chwilę się zawahała, ale ciekawość zwyciężyła – zdecydowanie pociągnęła za klamkę.

Tyle, że w wyniku tego ruchu nie wydarzyło się zupełnie nic. Drzwi ani drgnęły. Sklep okazał się zamknięty na cztery spusty.

Co za rozczarowanie!

Wtedy dziewczynka zauważyła leżący pod oknem spory kamień. Wspięła się na niego i zajrzała przez szybę do środka. Nie było to okno wystawowe – było raczej małe, niezbyt czyste i z wysokim parapetem. A jednak w środku, na pierwszej z brzegu półce, Marysia zobaczyła coś interesującego.

Równiutko, jeden obok drugiego, stały poukładane słoiczki w różnych kolorach. Każdy odręcznie opisany na etykietce. Trudno było określić, co znajdowało się w każdym z nich. Świece? Dżemy? Farby? Papierowe etykiety w większości były obrócone do wewnątrz sklepu, jedna tylko była odrobinę przekręcona w stronę Marysi. Pięknym pismem wykaligrafowano na niej opis kończący się słowem: “LIST”.

List? List w słoiku?

Może jednak: “LIŚĆ”? Marysia wytężyła wzrok. Może to świeca o zapachu “WIOSENNY LIŚĆ” albo coś w tym rodzaju? Nie, jednak nic nie dało się z tego zrozumieć.

Dziewczynka przysiadła na schodku przed wejściem i oparła się o chłodne metalowe drzwi. Westchnęła.

– Szkoda, że nie dowiem się, co to takiego – powiedziała sama do siebie. Po chwili zaś wstała i wzruszyła ramionami: – Najwyraźniej to jest sklep z nikomu niepotrzebnymi rzeczami.
I wtedy, zupełnie niespodziewanie, dokładnie w tym momencie, zamek w drzwiach trzasnął. Ktoś włożył w niego klucz od środka i przekręcił dwa razy.
Marysia zerwała się na równe nogi z zamiarem ucieczki. Ale coś ją powstrzymało.

Drzwi otwarły się i dziewczynka zobaczyła w nich uśmiechniętą panią.
Pani ta miała wspaniałe, długie i gęste czarne włosy. Była wzrostu Marysi, a więc raczej niska i zupełnie nie było wiadomo, ile ma lat. Ubrana zaś była w całkowicie zwykły, znoszony już dresik. Fioletowy.

– Dzień dobry – stojąca w drzwiach kobieta zaprosiła dziewczynkę gestem ręki do środka. – Wejdź i wybierz sobie coś z moich niepotrzebnych nikomu rzeczy.
Marysi zrobiło się nieco dziwnie. Czyżby ta pani ją przed chwilą usłyszała? Czy się pogniewała o te “niepotrzebne rzeczy”? I czy ona, Marysia, powinna wchodzić do tego sklepiku? – Nie bój się – zachęcała dziwna pani. – Pasmanteria lepsza niż bakteria!

W dziewczynce zwyciężył strach. Mama przecież zawsze powtarza, że nie powinno się rozmawiać z obcymi!

Puściła się pędem w stronę Ważniackiej. Odetchnęła dopiero, kiedy znalazła się w tłumie pędzących chodnikiem przechodniów.

Ale wtedy Marysia poczuła, że jest bardzo zawiedziona. Trochę tym niedostępnym i zaniedbanym sklepikiem, odrobinę – jego właścicielką, która nie miała w sobie nic z czarownej modystki i na pewno nie nazywa się Pasmanteria. Najbardziej jednak była zawiedziona sobą. Tym, że stchórzyła i nie weszła zobaczyć, co jest w środku.

“I tak nie mam przecież pieniędzy” – pomyślała. Ale poczuła, że to jej wcale przed samą sobą nie tłumaczy.

Smętnie kopiąc znaleziony na chodniku kamień, wracała do domu.

„Najwyraźniej to jest sklep z nikomu niepotrzebnymi rzeczami.”

Kolejny dzień za to zapowiadał się wspaniale. Owszem, do piętnastej Marysia znów musiała posiedzieć w domu z Nastką, co oznaczało w najlepszym razie maraton kreskówek w telewizji, ale potem tato obiecał zawieźć ją do Julki – najlepszej przyjaciółki, która dość pechowo mieszkała bardzo daleko od Marysi, bo aż na drugim końcu Zajętowa.

Od rana dziewczynka była spakowana na tę wizytę i z ekscytacją oczekiwała na przyjazd taty z pracy. Niestety radość oczekiwania już o czternastej przerwał dźwięk komórki Nastki i rozmowa, w trakcie której nastolatka pokazywała dziwne miny i sporo wywracała oczami. Kiedy się rozłączyła, spojrzała chłodno na Marysię i wycedziła przez zęby:

– Wujo, to znaczy twój ojciec, znowu utknął w pracy, a ja utknęłam tu z tobą do wieczora. Rozpakuj się, siedzimy.
Usłyszawszy to, Marysia wybuchnęła głośnym płaczem. Tak chciała jechać do Julki!

Przecież były umówione! Przecież tato… Jak zwykle tato nie dotrzymał słowa. Nastka ani myślała jej pocieszać:

– No weź, nie maż się. Nie mogę na to patrzeć. Ja przecież też miałam plany! – parsknęła tylko i wróciła na swoje stałe miejsce na kanapie.
Marysia wybiegła z pokoju trzasnąwszy drzwiami. W emocjach drżały jej ręce. Z ledwością umiała się ubrać.
Buty, sznurówki, bluza, zamek.
Wybiegła na ulicę.
Pod jej rzęsami tańczyły jeszcze łzy, ale dziewczynka już sama nie wiedziała, czy bardziej jest smutna, czy może już tylko czuje złość. Ogromną. Wściekłość nawet. Nie tylko na tatę.

Na mamę. Na Nastkę. Na cały świat.
Puściła się biegiem przed siebie, nie myśląc nawet, dokąd.
Dlaczego ją to spotyka? Dlaczego jej rodzice tacy są?
Wiecznie zajęci, wiecznie w pracy, nigdy ich nie ma! Nawet w weekendy mają coś ważnego!
A czy ona, Marysia, nie jest ważna?!

Zanim się zorientowała, dobiegła do zaułka. Jakby nogi same ją tam poniosły. Ponownie rzuciła okiem na szyld i ze zdziwieniem stwierdziła, że najwyraźniej wczoraj ktoś go umył. Nie było na nim już rdzy, ani dziwacznych zawijasów. Na szyldzie wyraźnymi literami stało:

SKLEP Z NIKOMU NIEPOTRZEBNYMI RZECZAMI
Czyżby to była jego prawdziwa nazwa?
Drzwi były szeroko otwarte, a z wnętrza dobywał się przyjemny zapach. Marysia tym razem bez strachu weszła do środka.

Pani w dresiku, dziś w kolorze zielonym, poderwała się z radością ze swojego krzesełka na widok dziewczynki:

– Ja dzisiaj od rana na ciebie czekam!

– Dzień dobry… – nieśmiało zaczęła Marysia, rozglądając się wokół. – Co można u Pani kupić?

Jej oczy wodziły już po wszystkich dziwnych i kolorowych rzeczach piętrzących się na regałach sklepu. Z całą pewnością nie była to pasmanteria. “Prędzej to jakaś mydlarnia” – przemknęło jej przez myśl.

Najbliżej okna stały te różnobarwne słoiczki przypominające świece. Zaraz obok była ekspozycja pięknych rzeźbionych pudełek i szkatułek. Po drugiej stronie lady, za którą siedziała wcześniej właścicielka tego przybytku, Marysia zobaczyła… Jeszcze więcej pudełek i słoiczków! We wszystkich kształtach, wielkościach, kolorach. Pudełka ozdobne i całkiem proste. Tekturowe, plecione, drewniane, plastikowe. Zamykane i zawiązywane kokardami. W kształcie kuferków, skrzyneczek na skarby, a nawet rzeźbionych zwierząt. Wysadzane kolorowymi kamieniami, ale też przypominające zwykłe śniadaniówki. Niektóre stały jedne na drugich, tworząc piękne wieże.

Słoiki zaś – o pięknych i połyskujących nakrętkach, były różnych pojemności i z różnokolorową, choć dość nieokreśloną zawartością. Stały w rządkach, pełne tych swoich tajemnic, niczym kiszonki i przetwory w piwnicy babci Hanki, które do ostatniej chwili potrafią trzymać w niepewności: sok z porzeczki czy zakwas z buraka? Dopiero pierwszy, nieraz szokujący łyk przynosi rozstrzygnięcie.

Po chwili krążenia pomiędzy regałami, dziewczynka, pewna swojego odkrycia, zapytała:

–  To sklep z pudełkami, słoiczkami i innymi opakowaniami, prawda?

–  Nie, kochanie – odpowiedziała jej właścicielka, uśmiechając się promiennie. Wyszła zza swojej lady.

–  Już ci opowiadam, co tu mam – zagadkowa pani podwinęła rękawy bluzy, pobrzękując rządkiem złotych bransoletek na ręce. Stanęła pod jedną z półek i wskazała palcem malutkie okrągłe słoiczki, wyglądające jak te z maminej półki w łazience – z różnymi kremami do twarzy:

–  Tutaj na przykład są cisze i słowa – oznajmiła, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. – Wiesz, oczywiście, jak w nazwie mojego sklepu: nikomu niepotrzebne.

–  Cisze i słowa? – Marysia nie rozumiała.

–  Na przykład… poczekaj, bez okularów jednak nie widzę… – założywszy je, sprzedawczyni ciągnęła dalej, odczytując etykietki. -… No, na przykład cisza nieśmiałej koleżanki, cisza przy stole, cisza podczas odpytywania na lekcji, ale też: cisza przed burzą i ciche dni po kłótni. Dalej mam: nieszczere gratulacje, zazdrosne komplementy, niespełnione obietnice, spóźnione przeprosiny i oczywiście jest też moja ulubiona, jakże popularna w polityce: mowa – trawa. Ta ostatnia, naturalnie, swoją zielenią wypełniała cały pojemniczek.

–  A tutaj? – dziewczynka pokazała złocone szkatułki, które spodobały się jej najbardziej.

–  Tutaj mam: nienapisane listy, nieodpowiedziane uśmiechy, niewysłane esemesy, nieodbyte podróże.

–  A w tych? – palec Marysi wskazał miękkie, lniane woreczki wiszące w rządku na metalowych haczykach.

–  Ha! Te bardzo lubię! Tu mam różne rzeczy, na które brakło czasu. A w tych z tyłu jeszcze mam zapomniane życzenia urodzinowe i imieninowe.

–  A w tym największym słoju to co pani ma?

–  To są niewyrażone uczucia, moja droga. Głównie wyznania miłości, ale złości też tam sporo się znajdzie. A nie, poczekaj – właścicielka zajrzała pod pokrywkę. – Aktualnie sama złość tu siedzi. Brrr! – wzdrygnęła się.
Marysia była coraz bardziej zadziwiona tym wszystkim.

–  Czyli w całym sklepie ma pani po prostu rzeczy, których nikt nie chce? To po co ktoś miałby je kupować?

–  O nie, nie! To nie tak. Sporo mam tu rzeczy, których wszyscy bardzo pragną! Mam rzeczy, które ludzie żałują, że zrobili, ale też takie, których żałują, że NIE zrobili, kiedy był na to czas. Tylko… kiedy już orientują się, że bardzo czegoś chcieli, to najczęściej… jakby to powiedzieć… no cóż, jakoś nie umieją do mnie trafić w godziny otwarcia – sprzedawczyni uśmiechnęła się z nieskrywanym smutkiem w oczach.

–  A to w takim razie: czy jest coś, co ja bym mogła od pani kupić? – zaciekawiła się Marysia. Tajemnicza właścicielka sklepiku przyjrzała się jej badawczo. W tej chwili skupienia i ciszy dziewczynce zdawało się, że słyszy miarowe tykanie zegara, a potem coś brzmiącego jak miauknięcie, chociaż żadnego kota tu nie zauważyła. Po chwili wahania sprzedawczyni w końcu rzekła przeciągle:

– Właściwie, to mam coś, co będzie dla ciebie bardzo odpowiednie.
Po czym wróciła za ladę i wyciągnęła spod niej malutkie, pokryte srebrzystym, błyszczącym materiałem pudełeczko, przewiązane cienką błękitną wstążką zawiązaną na kokardkę.

–  Co to jest?

–  To jest, moja droga coś specjalnego. Dzień, który się nie wydarzył. Marysia pomyślała, że to brzmi dość tajemniczo, ale jednocześnie jak obietnica czegoś miłego. Wzięła to śliczne pudełko do rąk.

–  Poproszę. Ile on kosztuje? – zdecydowanie powiedziała do właścicielki sklepiku.

–  Nic.

–  Jak to: nic? – zdziwiła się dziewczynka. – Jak się u Pani płaci?

–  Nie płaci się. Można powiedzieć, że ja ci po prostu wypożyczam tę rzecz, a ty potem oddajesz ją i opowiadasz mi, jak ją spożytkowałaś – kobieta uśmiechnęła się promiennie. – Może tak być?
Marysia grzecznie skinęła głową.

–  Dziwne te zasady. Ale chętnie to wezmę – schowała pudełko do kieszeni. – Dziękuję bardzo.

–  Świetnie. Spodoba ci się, jestem pewna. A mojej herbatki się napijesz? – spytała jeszcze sprzedawczyni.

–  Nie, dziękuję, chyba muszę już wracać do domu. Chociaż bardzo mi się u pani podoba – odpowiedziała dziewczynka, jeszcze raz rozglądając się wokół. – Do widzenia – ruszyła do drzwi.

–  Do zobaczenia.
Na progu Marysia odwróciła się jeszcze z pytaniem:

–  Przepraszam, ale… kiedy ten mój dzień nastąpi?

–  Nie wiem – sprzedawczyni wzruszyła ramionami. – Ale ty będziesz wiedziała. No i pamiętaj: on się nie wydarzył.

Wieczorem, po pracy, rodzice byli tak zmęczeni, że zasnęli w trakcie wspólnego oglądania filmu. Tato nawet z kawałkiem pizzy w ręce. Marysia przykryła ich kocem i poszła do swojego pokoju. Wyciągnęła z szufladki w biurku srebrzyste pudełeczko. Nie zaglądała jeszcze do niego od powrotu do domu. Teraz za to ręce aż trzęsły się jej z przejęcia.

Dzień, który się nie wydarzył.
Jak mógł wyglądać?
I jak go zmieścić do takiego pudełeczka?
Szybko zerwała błękitną tasiemkę i zdjęła wieczko. Ale kiedy ujrzała wnętrze, aż jęknęła z zawodu.
Pudełko było puste. Nie było w nim zupełnie nic.
Czyżby dziwna sprzedawczyni z równie dziwnego sklepiku właśnie ją oszukała?

– No tak – powiedziała do siebie. – Tata zawsze powtarza, że za darmo to nic nie ma. Umyła zęby, wskoczyła w piżamę i położyła się do łóżka.
Zasnęła bardzo szybko tego dnia.

„Tutaj mam: nienapisane listy, nieodpowiedziane uśmiechy, niewysłane esemesy, nieodbyte podróże.”

Rozdział II

Kiedy rano się obudziła, pierwszą dziwną rzeczą, jaką zauważyła, był zapach. Tak dokładniej, w całym domu pachniało mieszanką zapachów: parzoną kawą i smażoną cebulką. Marysia dawno takiego nie czuła, a to dlatego, że zwykle nikt w tym domu nie jadał rano śniadań i nie pił kawy. Rodzice wszystko to robili po drodze do pracy, a dziewczynce dostawała się najczęściej drożdżówka kupiona w pośpiechu na rogu pod szkołą.

Jajecznica na cebulce! Takie wspaniałe rzeczy to tylko na feriach u babci Hanki. – Czy dziś jest niedziela? – spytała dziewczynka samą siebie.

Czasem w niedzielę ktoś kręcił się po kuchni i można było liczyć na płatki z mlekiem lub kanapkę z serem na śniadanie. Tym razem jednak mały, różowy kalendarz na biurku dziewczynki wyraźnie wskazywał na to, że dziś była… środa!

Wyjrzawszy przez okno, Marysia zobaczyła zaparkowany pod domem samochód taty. Przetarła oczy ze zdumienia. Czy tata zachorował i nie poszedł dziś do pracy? Albo może – o zgrozo – zwolnili go?

Marysia aż zadrżała. To by znaczyło, że cały dzień trzeba będzie chodzić wkoło niego na paluszkach. Tata łatwo wpadał w złość, kiedy coś drobnego mu nie wychodziło. A co dopiero mogło się dziać wobec takiej katastrofy jak infekcja czy zwolnienie!

Ale ten przyjemny zapach cebulki i kawy mówił dziewczynce coś zupełnie innego. Postanowiła zejść na dół i sprawdzić, co się dzieje. Może to jednak jakieś święto dziś było? A może ktoś ją dziś zawiezie wreszcie do Julki?

– Ooooo! Jest moja córeczka! – wykrzyknął na jej widok rozpromieniony tato.
Marysia nie wierzyła własnym oczom. Kręcił się po kuchni w zielonym fartuszku mamy i podśpiewywał. Jedną ręką mieszał jajecznicę, drugą zalewał w kubku kakao, które zaraz jej podsunął.

– Proszę, zobacz, zrobiłem twoją ulubioną jajecznicę. Chlebek z masełkiem do tego? A może masz ochotę też na ogóreczka od babci? Albo na te małe pomidorki? – Tato zaczął nimi żonglować w powietrzu.

Marysia, zadziwiona, ale też i zadowolona, pochłaniała wyborne śniadanie i przyglądała się, jak tata, pogwizdując wesoło, zmywa patelnię.

Któż na tym świecie, zmywając patelnię, pogwizduje tak radośnie?

–  Zawsze chciałam nauczyć się gwizdać, wiesz tato? – zaczęła nieśmiało. – Tobie to super wychodzi! Kiedys nawet sobie myślałam, żeby cię poprosić o instrukcje, jak to się robi.

–  A to się świetnie składa, bo mogę ci dziś udzielić pierwszej lekcji! A nawet od razu – kilku!

–  Tato? Czy ty masz dzisiaj… wolne?

–  Tak, Misiu Marysiu. Byłem już w drodze do pracy, kiedy zadzwonili, że jest jakaś ogromna awaria serwerów. Nie działają karty dostępowe, nie ma co robić i nie mieli wyjścia – wszystkim dali wolne.

–  To takie rzeczy są możliwe? – Marysia prawie się zakrztusiła z wrażenia. – Myślałam, że u was to zawsze jest huk pracy.

–  Jest. Ale dzisiaj – siła wyższa. Mój szef jest w dużym kłopocie, ale ja postanowiłem wyjątkowo dziś tym wszystkim się zupełnie nie przejmować i zostać w domu. W końcu taki dzień prawie nigdy się nie zdarza, nie?

–  Taki dzień… nigdy się nie wydarzył. Mówiąc to, Marysia właśnie zrozumiała, że to, co dziś się dzieje, może mieć związek z magicznym sklepikiem, panią w dresie i srebrzystym pudełkiem. Ucieszyła się, że jednak coś dostała wczoraj. Z zadumy wyrwał ją tata:

–  To co chciałabyś dziś ze mną robić? Hm? Może jedziemy gdzieś na wycieczkę? Piknik? Lunapark? Kino?

–  Lekcja gwizdania! – Marysia się wyszczerzyła. – I… może wyciągniemy z szafy twoje zupełnie nieużywane rolki? Ja też miałam nauczyć ciebie czegoś, pamiętasz? Od dwóch lat mówisz, że chcesz spróbować jeździć.

–  Nie wiem, czy jestem gotowy na taką serię bolesnych upadków! – tato udał, że robi przerażoną minę. Roześmiali się oboje.

–  No to zagramy w wyścigi na konsoli. Tylko uważaj – w to też jestem naprawdę dobra!

–  Mówisz mi, że ta przegrana też może boleć? Ponownie wybuchnęli śmiechem.
Zrelaksowany tato wydawał się Marysi innym człowiekiem.
Ale wtedy zadzwoniła jego komórka. Spojrzał niepewnie na wyświetlacz. Marysia nawet z odległości rozpoznała, kto dzwoni. Wielkimi literami zapisane krótkie nazwisko: NOWAK, czyli szef jej taty. I wtedy stało się coś niezwykłego: tato nie zerwał się na równe nogi – jak to się zawsze w takim wypadku działo. Nie odebrał tego połączenia. Obrócił telefon wyświetlaczem do dołu i rzucił:

–  Chodź jednak na te rolki, w domu mogę już nie mieć tyle spokoju.

–  Zostawisz tutaj telefon?

–  Zostawię. Wezmę tylko portfel. Nie wiesz, gdzie może być mój kask?

To był naprawdę wspaniały dzień.

Pojechali na rolkach do parku.

Marysia jeździ na nich jak profesjonalistka nie od dziś, ale tato dostarczył jej przy tym sporo śmiechu, przytrzymując się po drodze każdej latarni i wywracając na co najmniej trzech krawężnikach. Jedynie kolizja z rowerem nie była śmieszna, ale na szczęście wszystko skończyło się na obklejeniu taty kilkoma plastrami z serduszkami.

Zjedli zapiekanki. A potem lody. Okazało się, że lubią dokładnie te same smaki. I posypkę.

Wdrapali się po stu schodkach na wieżę widokową, kręcili jak wariaci na karuzeli. A zaraz potem salwowali się ucieczką z placu zabaw – zwiewali ze śmiechem przed małym, ale za to zawziętym na ich nogawki szczeniakiem.

Przez cały dzień niezłomnie uczyli się wygwizdywać jakąś śmieszną harcerską piosenkę z młodości taty. Marysi szło już całkiem dobrze, chociaż do łez bawiło ją, jak tato pokazywał, jak do gwizdania trzeba robić z ust dzióbek.

A potem karmili kaczki nad stawem.

Marysię mocno zadziwiło to, że jej przecież tak na co dzień ogarnięty i poważny, a jeszcze częściej: nudnawy i zmęczony tato ma też inne cechy, o wiele zabawniejsze.

I że nie wie wszystkiego.

Nie wiedział na przykład, że istnieje takie coś jak kaczkomat! Ten z ziarenkami do karmienia ptaków.

–  Ja dzisiaj się sporo nauczyłem od ciebie, Misiu Marysiu – wysapał tato, dojeżdżając do ławki.

–  Karmiłbyś te biedne ptaki bułką, nie?

–  Tak przecież robiłem zawsze z moją mamą! Jak byłem mały, ma się rozumieć.

–  Z babcią Hanką? Na szczęście teraz już wiadomo, że im to szkodzi na brzuszki – Marysia pokręciła głową z dezaprobatą. – Przeczytaj sobie tamtą tablicę! Tam jest wszystko wyjaśnione.
Tata uważnie przestudiował wszystkie kacze informacje i usiadł obok Marysi. Rzucali ptakom nasionka oraz ziarna pszenicy i kukurydzy. Śmiali się, obserwując, jak jeden mały, zadziorny kaczorek rozpycha się skrzydłami. Bił się z dwa razy większymi o każde ziarenko! Wtedy tata westchnął, zdaje się, że sam do siebie:

–  Szkoda, że to takie trudne.

–  Co? Karmienie kaczek? – Marysia się zdziwiła.

–  Nie. Walka o każde ziarenko.

–  Rozumiem, tato.

–  Rozumiesz?

–  Tak. Mi też czasem trudno ze wszystkim. W szkole. Z przyjaciółmi. I… w ogóle. Kaczorek wygrał walkę o ostatnie ziarenko kukurydzy i wskoczył do wody, chlapiąc wokół jak niesforny przedszkolak na basenie.

–  Tato? – odezwała się po chwili Marysia.

–  No?

–  Kim chciałeś być, jak miałeś siedem lat?

–  Astronautą.

–  Fiuuuuu – Marysia gwizdnęła i od razu wyprostowała się cała z dumy, że jej tak ładnie ten gwizd wyszedł.

–  A Ty, Misiu, kim chcesz zostać?

–  Podróżniczką i przyrodniczką w jednym.

–  Nieźle! To dlatego się tak dobrze znasz na kaczkach!

–  Na pająkach też się znam. Wiesz, co to są szczękoczułki i nogogłaszczki? Teraz tato gwizdnął. Spojrzał na swoją córkę z prawdziwym podziwem.

–  Przepraszam, że nie zdążyłem na twoje urodziny – powiedział nagle zawstydzony.

–  Nie szkodzi. Dzisiaj za to wszędzie zdążyliśmy.

„Marysi było szkoda, że ten piękny dzień – dzień, który nigdy się nie wydarzył, dobiega już końca. Czy tato będzie cokolwiek z niego jutro pamiętał?”

Słońce powoli zachodziło za wierzchołki drzew. Marysi było szkoda, że ten piękny dzień – dzień, który nigdy się nie wydarzył, dobiega już końca. Czy tato będzie cokolwiek z niego jutro pamiętał? A czy ona będzie pamiętała? Na pewno musi od razu z rana wybrać się do sklepiku z niepotrzebnymi nikomu rzeczami, żeby podziękować jego dziwnej właścicielce i opowiedzieć, jak wspaniale się bawiła. A może uda jej się kupić jeszcze jeden taki dzień? A może tym razem spędzi go z mamą? Marzyła o tym tuż przed zaśnięciem.

Tymczasem rano, ku zdziwieniu Marysi, znów w całym domu pachniało – tym razem słodkimi naleśnikami. Tata w fartuszku.

–  O, Misiu! Dzień dobry! Z dżemorem? – podał jej talerz z jeszcze ciepłym, puszystym naleśnikiem.

–  Nie naprawili? – spytała zaskoczona tym widokiem Marysia. – Serwerów, kart?

–  Naprawili – odpowiedział tato. – Ale wczoraj naprawiło się coś jeszcze – mrugnął do niej.

–  Mhmmm..? – Marysia wciągnęła całego naleśnika na raz.

–  Zrozumiałem wczoraj przy tych kaczkach jedną ważną rzecz…

–  To ty pamiętasz wczorajszy dzień? – dziewczynka spojrzała uważnie na tatę. – To wszystko się wydarzyło naprawdę?

–  No jasne. A miało się nie wydarzyć? – roześmiał się, podając jej kolejny placek. – No, w każdym razie mam zaraz rozmowę z Nowakiem. Zrozumiałem, że nie mogę tyle pracować. Życie tracę. Tak myślę, że się może zwolnię i pomyślę nad innym zajęciem. Szukali w takiej jednej firmie specjalisty…
Ale Marysia już nie słuchała. Szumiało jej w uszach. Serce waliło jej mocno w piersi. Co to wszystko mogło oznaczać? Czyli to wszystko jest najprawdziwszą prawdą? Albo ona śni jeszcze? A co z dniem z pudełka? Było więcej dni?

–  …no i potem jak wrócę o dwunastej, to mogę cię zawieźć do Julki. Chcesz? – zakończył tato pytaniem.

–  Jasne – odpowiedziała wciąż zamyślona dziewczynka.
Chwilę później, wymknąwszy się ponownie niezbyt czujnej Nastce, Marysia pędziła na rolkach, co sił w nogach na Ważniacką. Do sklepiku wpadła jak burza.

–  No i jak było? Jak było? – sprzedawczyni rozpromieniła się z podekscytowania na widok Marysi. – Miałaś już swój dzień?

–  Wczoraj był najlepszy dzień w moim życiu! Spędziłam go wspaniale! Z moim tatą! – Marysia łapała jeszcze oddech. – Ale… nie wszystko rozumiem. Moje pudełko było zupełnie puste! I dlaczego tata dzisiaj wszystko świetnie pamięta, a nawet chce zwolnić się z pracy? On zawsze jest taki zajęty, nawet moje urodziny potrafi przegapić, a od wczoraj tak się zmienił!
Sprzedawczyni wpierw patrzyła na Marysię z niedowierzaniem i jakby nie wszystko od razu pojmując. Po chwili zaś serdecznie się roześmiała:
– Tata? Przegapić urodziny? No proszę! A to ci numer!

Z tej radości aż klasnęła w dłonie, a potem śmiała się tak długo, że aż pociekły jej z oczu łzy, które ocierała skrawkiem bluzy od różowego dziś dresu.

Teraz Marysia nic nie rozumiała.
– Ja to chyba znam już twojego tatę – wykrztusiła w końcu ubawiona sprzedawczyni.

Następnie podeszła do półki z wiszącymi na haczykach lnianymi woreczkami. Rzucało się w oczy, że jednego brakuje. Czyżby brakowało go już za pierwszą wizytą Marysi?

–  Dzień przed twoim pierwszym przyjściem pod moim sklepikiem ktoś zaparkował samochód. Zatarasował mi całe wejście! – kobieta wciąż ocierała mokre kąciki oczu. – Chciałam przywołać tego niefrasobliwego kierowcę do porządku, ale nie zdążyłam – on w sekundę wyskoczył z auta i popędził do kawiarni naprzeciwko. A po krótkiej chwili, jak wrócił, to już nie miałam sumienia na niego krzyczeć, gdyż wyglądał na bardzo nieszczęśliwego. Szczególnie z tymi kolorowymi balonami w ręce…

–  Zaraz… czy balony miały niebieską cyfrę siedem? – zapytała Marysia.

–  Tak, dokładnie.

–  To był mój tato!

–  Najwyraźniej! Powiedział, że się na coś spóźnił i sobie chyba nigdy tego nie wybaczy. Zaprosiłam go więc na herbatkę, porozmawialiśmy i dostał ode mnie jedną rzecz. Bardzo jej chciał i starannie wybrał.

–  Co takiego wziął?

–  Taki o, woreczek, który tu właśnie wisiał – pani brzęknęła bransoletami na ręce wskazując puste miejsce na haczyku. Znajdowało się w nim, wyobraź sobie, coś bardzo mu przydatnego.

–  Co takiego?

–  Spotkanie, na które brakło czasu. Marysia otworzyła buzię ze zdziwienia i zachwytu.

–  Najwyraźniej twojemu tacie żal było straconych urodzin i tak naprawdę marzył o chwili spędzonej z tobą – pani mówiła dalej. – A do tego, widzisz… ja te woreczki sama zawsze na świeżo napełniam. I teraz tak sobie myślę, że w swojej hojności, litując się nad biedaczyskiem… chyba zapakowałam mu odrobinę za dużo.
Marysia aż zrobiła piruet z radości.

–  A ja myślę, że zapakowała mu pani dokładnie w sam raz! Obie roześmiały się w głos. Po chwili dziewczynka spytała:

–  A co z tym moim pudełeczkiem? Kiedy je otwarłam, nic w nim nie było! Sprzedawczyni aż się zaczerwieniła z zakłopotania:

–  Nie wiem, jak do tego mogło dojść… poczekaj, jeszcze sprawdzę, co ja w ogóle mam pod tą ladą. Może się pomyliłam i wyciągnęłam niewłaściwe opakowanie? Najwyraźniej wkradł mi się tu jakiś bałagan…oho! Wszystko jasne!
Coś zaszurpaciło i rozległo się przeciągłe miauknięcie.

–  Uciekaj mi stąd!

Spod lady wybiegła czarna kocica. Oblizywała się, jakby właśnie pożarła coś naprawdę pysznego, a ogon zaplątany miała w błękitną tasiemkę. Do tego groźnie spojrzała z ukosa na swoją właścicielkę.

–  Chyba już wiem, kto wykorzystał twój dzień – sprzedawczyni pogroziła kotce palcem.

–  Widać, że również spożytkowała go dobrze! – Marysia zaśmiała się wskazując na mokry od śmietanki koci pyszczek.

„Najwyraźniej twojemu tacie żal było straconych urodzin i tak naprawdę marzył o chwili spędzonej z tobą.”

Niektóre historie kończą się tylko po to, żeby zrobić miejsce następnej.

Podoba Ci się ta opowieść?

Pomóż mi tworzyć kolejne historie

Jeśli chcesz, możesz zostawić ślad swojego wsparcia. Dzięki temu ten świat może rosnąć spokojniej.

Wesprzyj projekt

Zostań dłużej

Nowe opowieści prosto do Ciebie

Zapisz się do newslettera i otrzymuj nowe teksty, podcasty oraz twórcze inspiracje.

Może spodoba Ci się również

Zobacz więcej opowieści →

Jak ukryć jednorożca?

Wiki marzy o prawdziwym jednorożcu — takim, którego da się pogłaskać, nakarmić i…

Bajki z szuflady
Wróć do opowieści dla dzieci

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry