Drzwi
Na środku pola wyrastają stare, dwuskrzydłowe drzwi. Jedni widzą w nich sensację, inni atrakcję dla turystów. Tylko nieliczni potrafią je otworzyć – a wtedy po drugiej stronie czeka krajobraz, którego najbardziej boją się zobaczyć. Opowieść o wypaleniu, pamięci, odbudowie siebie i o tym, że największe ruiny czasem najpierw trzeba odważyć się obejrzeć.
Zobacz dodatki do tego opowiadania:
Rozdział I
Stary Bartyzel już wolałby, żeby to ruski dron się objawił na jego polu. Mógłby dumnie w najlepszym garniturze wystąpić w telewizji, a może wtedy i jaki minister podjechałby rękę uścisnąć. Do tego, jakby był wybuch, to nawet kasa by z tego była. A tymczasem – wstyd jakiś. Na wariata wychodzi. Myślą, że sam se to postawił, a poza tym łażą tam teraz wszyscy ciągle i zadeptują mu uprawy. Żeby to chociaż na miedzy wyrosło. A tu – gdzie tam! Na samym środku młodego rzepaku.
Tej nocy, ni z tego, ni z owego, na połaci bartyzelowego pola wyrosły wielkie, drewniane drzwi. Z ościeżnicą. Do tego natknął się na nie wracający nad ranem i po pijaku Kawka. Narobił rabanu na pół wsi w tym pijackim amoku. Nie dało się sprawy nijak zatuszować, choć Bartyzel początkowo nawet by tak wolał. Niż wychodzić na wariata.
Tym sposobem rano na polu zgromadziła się pokaźna grupa mieszkańców wraz z proboszczem, sołtysem i dzielnicowym. Normalnie nikt nie przejmowałby się tym, że jakiś, nazwijmy go: wariat stawia sobie sam drzwi z ościeżnicą pośrodku pola, ale tutaj podejrzane były sprawy dwie. Po pierwsze: stary Bartyzel naturalnie twierdził, że nie montował sobie nic takiego i właśnie pod wpływem emocji zgłosił możliwość popełnienia przestępstwa na jego posesji. Druga kwestia była taka, że Kawka, nawet po tym, jak już wytrzeźwiał, nie przestawał zaklinać się na Boga, swoją matkę i Wszystkich Świętych, że widział, jak w nocy z uchylonych polnych drzwi biło nieziemskie światło. Niestety aktualnie nie udawało mu się tego udowodnić, chociaż otwierał i zamykał drzwi kilkukrotnie i przechodził przez nie ciągle wte i wewte niczym kot z pęcherzem.
Dzielnicowy Krzan tymczasem nie odnotował na drzwiach ani ościeżnicy żadnych elementów instalacji elektrycznej czy nawet prostych źródeł światła zasilanych solarnie. Proboszcz także nie odnotował obecności boskich wizerunków ukrytych w drewnianych słojach, więc machnął ręką na zeznania Kawki i jako że zapragnął o tej godzinie już kawki prawdziwej, to popędził na plebanię. Po kilkugodzinnej debacie i sporządzeniu policyjnej notatki wszyscy rozeszli się i pozostawili Bartyzela z problemem samego. Najgorsze, że do zakończenia śledztwa nie mógł tych drzwi po prostu usunąć, porąbać na opał i zapomnieć o całej sprawie.
Jak wyglądały owe drzwi? Były dość widowiskowe: miały jakieś półtora metra szerokości i ponad dwa i pół wysokości. Dwuskrzydłowe, pełne, z tłoczeniami, ryflowane. Dębowe, solidne, choć z widocznymi odpryskami i uszkodzeniami ciemnego lakieru. Klamka – mosiężna, ciężka, dekoracyjna. Do tego ościeżnica – spora, na grubą ścianę zewnętrzną, również z tłoczeniami. Słowem: przypominały wejście do eleganckiego budynku, co najmniej stuletniego, jak nie lepiej. Pośród bartyzelowego rzepaku wyglądały absolutnie nie na miejscu. Stary, obejrzawszy je dokładnie, zaczął podejrzewać, że to wybryk tego szurniętego stolarza ze wsi obok, czego nie omieszkał napomknąć dzielnicowemu. Tamten wariat kolekcjonował takie zabytki i najwyraźniej już wiadomo, po co.
– Żeby tak bezinteresownie wkurwiać normalnych ludzi! – Bartyzel kopnął w bok ościeżnicy, ale nie przyniosło mu to ulgi.
Przez resztę dnia usilnie próbował znaleźć sobie jakieś zajęcie, ale drzwi nie dawały mu spokoju. Ani mieszkańcy wsi, których widział przez kuchenne okno, jak pielgrzymują na jego pole.
– Zacznij ich za wstęp kasować, Stasiu – stara Bartyzelowa też kręciła głową na to wszystko. – Bo z tego rzepaku to nic nie będzie, wszystko zadepczą. Patrz! Jeszcze sika tam, menda!
– Jasne, jeszcze kibel i budkę z burgerami tam postawmy – odmruknął jej.
Spać tej nocy Bartyzel też zupełnie nie mógł. Wiercił się ciągle i tyłkiem wciągał prześcieradło. Równo o trzeciej dał se spokój:
– Pierdolę – założył spodnie i wyszedł na zewnątrz.
Zaciągnął się papierosem. Poszedł na pole.
Usiadł z kraja na kępie wilgotnej trawy i szybko tego pożałował. Ale przyznać przed sobą musiał, że drzwi wyglądały zjawiskowo. Nie mógł oderwać od nich oczu. Oświetlał je teraz delikatnie młody jeszcze księżyc, opierając się malowniczo na każdym drobnym frezie. Przeszło mu przez myśl, żeby podejść do nich i uchylić. Może i on zobaczy światło..?
Już – już miał się podnieść, kiedy powstrzymał go widok zbliżającej się polną drogą lekko przygarbionej postaci. Dobrze mu znanej, zresztą.
– Muchowa, spać nie możesz? – przywitał się ze swoją dawną koleżanką ze szkolnej ławy, a obecnie posiwiałą już solidnie kobieciną.
– A ty, stary dziadzie, też nie? – odpowiedziała mu czule na przywitanie.
– Ty byś spała normalnie z czymś takim u siebie?
Muchowa usiadła obok niego na kępie wilgotnej trawy i również szybko tego pożałowała. Korzonki ją złapią, jak nic.
– Ja ci, Bartyzel, powiem, skąd są te drzwi.
– Widziałaś, kto je przytaszczył?
– Nie, tego nie powiedziałam. Ale wiem, gdzie one wcześniej były.
– No?
– Pamiętasz stary dworek po Niemcach?
– No nie pierd.. – zmiarkował się i urwał. – Przecież go ruscy spalili po wojnie, a potem nasi rozebrali do gleby.
Zgasił fajkę i jeszcze raz przyjrzał się zjawisku na polu.
– Zgadza się. Ale nie zmienia to faktu, że to są drzwi z tego dworku. Ja ich na żywo nie widziałam, ale moja matka miała fotografie. Trzymała je jak jakiś skarb, niechętnie pokazywała. Bała się, że na nią doniosą. Jak dobrze poszukam, to je znajdę gdzieś w szpargałach.
Na skraju wsi, zarosłe tak, że stopy nie wsadzisz, znajdowały się śladowe resztki osiemnastowiecznej posiadłości. Poniemieckiej, więc bez prawa do egzystencji po drugiej wojnie na Ziemiach Odzyskanych. Dawniej: dwór, folwark, stajnie, powozownie, ogromny ogród. Aktualnie: dwa filary z bramy wjazdowej i cokół fontanny ogrodowej nie do znalezienia już w gąszczu bujnej wegetacji.
A od wczoraj, jak się okazuje, także drzwi magicznie przemieszczone na pole rzepaku.
– Wiesz, po czym poznałam? Patrz, tam na prawym skrzydle jest zaszpachlowana dziura po siekierze. W tych jej klamotach mam fotografię drzwi z identycznym śladem. Znajdę i ci pokażę, porównasz. Matka nawet opowiadała, jak to powstało, ale to jakaś długa historia..
– Do licha, no jest tam coś faktycznie – stary potwierdził, wytężywszy wzrok. – Ja se już pomyślałem, że to znów jakieś twoje fantazje jak te o lasach i czarownicach. Ludzie gadają, że masz w zanadrzu pełno opowieści z mchu i paproci.
Gdyby księżyc świecił choć odrobinę jaśniej, Bartyzel zobaczyłby, jak Muchowa przewraca oczami.
– Otwierałeś je?
– A co, ja Kawka jestem? – obruszył się. – Nie szukam żadnych ezoterycznych przygód ani w knajpie, ani w rzepaku. Nie podoba mi się to wszystko. Czekam aż mi pozwolą to rozwalić – rzucił, odpalając kolejnego papierosa. – Pora na mnie. Zaraz będzie świtało.
Poderwał się zręcznie, żeby nie zauważyła jego przemokniętych od rosy gaci na tyłku i oddalił w stronę domu.
– Co za dzban – mruknęła do siebie Muchowa i aż się zaśmiała. Pierwszy raz posłużyła się słówkiem podłapanym od chłopaków spod sklepu. Spodobało jej się bardzo.
Kiedy cień starego zniknął jej z oczu, zbliżyła się do drzwi. Poczuła bijące od nich ciepło i niewiarygodnie intensywny zapach lawendy. Otworzyła je i to, co za nimi ujrzała, rozradowało ją jak dziecko.
Rozdział II
Co ta Muchowa się tak koło ciebie kręci, Stasiu? – Bartyzelowa wyjrzała na pole i już kolejny raz zobaczyła na ich polu znajomą sylwetkę.
– To nie ja ją kręcę, starą wariatkę. To te drzwi. – Stary uśmiechnął się pod wąsem odnotowując nutkę zazdrości w pytaniu żony.
Rzeczywiście, Muchowa przyłaziła na pole codziennie. Przywilej samotnej emerytki: włóczyć się po wsi i już zupełnie nie martwić się, że wyjdzie się na oszalałą. Przy Drzwiach Donikąd, jak je ochrzcili mieszkańcy, dyżurowała codziennie. Stary ze smutkiem o niej pomyślał, że musi jej się mocno przykrzyć samej, skoro tak uporczywie tam ludzi zaczepia. Rodzina mało się nią interesowała, odwiedzali od wielkiego dzwona.
Zresztą, co za rodzina – pociotki zaledwie. Swojej rodziny Muchowa nie miała. Matka jej zmarła już dwadzieścia lat temu. Mąż także jakoś w tym czasie odszedł. Tak dokładnie, to wyszedł na chwilę po paczkę fajek, a wrócił w trumnie. Potrącił go TIR na szosie. Dzieci nie mieli, a czy Muchowa miała jakichś przyjaciół – tego Bartyzel nie wiedział. Spodziewał się, że z jej charakterem mogło to nie być łatwe, chociaż obiło mu się o uszy, że z kimś ją faktycznie widywano na wieczornych leśnych przechadzkach.
Potok ludzi przybywających do drzwi się nie kończył. Przy czym atrakcja stała się już ponadlokalna – miejscowi zaspokoiwszy swoją ciekawość, przestali niepokoić starego Bartyzela. Kawka to już całkiem zapadł się pod ziemię i po wsi krążyła pogłoska, że się zaszył. I nawrócił na wiarę. Za to, po kilku viralowych postach w sieci, przy drzwiach zjawili się turyści. I jeśli sprawę ująć zupełnie uczciwie – to nie Muchowa ich zaczepiała. To oni zagadywali ją. Nawet fotografowali. Pasowała im do tych drzwi – dodawała lokalnego kolorytu:
– Te drzwi to takie dziwne, jakby magiczne, nie? I pani to też ma taki wajb… jak czarownica jakaś normalnie! Można selfi z panią? – co rusz ktoś rzucał tego typu irytujące prośby.
Muchowa zupełnie nie pragnęła stać się komponentem miejscowej widokówki, natomiast dobrze wiedziała, po co tam jest, na co czeka i co potrafią Drzwi Donikąd. Dlatego codziennie na skraju drogi nieopodal rozkładała niewielki kocyk, wyciągała herbatę w termosie i obserwowała przybywających przez kilka godzin. Póki co, nie miała szczęścia.
Większość obchodziła drzwi wkoło, cykała jedną – dwie fotki i odjeżdżała, obiecując sobie, że wrócą, kiedy rzepak już zakwitnie. Bo wtedy to dopiero będzie malowniczo! Sporo osób próbowało drzwi otworzyć, ale bezskutecznie. Nawet rosłym chłopom jakaś siła stawiała opór:
– No próbuję, Halina, ale zablokowane jakieś, nie da się! – co zawsze budziło w Muchowej jakiś wewnętrzny chichot.
Dokładnie po tygodniu, kiedy masy napływających ciekawskich się przerzedziły, obok jak zwykle koczującej Muchowej, wyrosła, jak spod ziemi, kobieta. Z wyglądu – urzędniczka i na pewno nie miejscowa. Muchowa, obejrzawszy się, dostrzegła jej lekko obite czerwone Clio zaparkowane nieopodal. Rejestracja z miasta obok, na przednich reflektorach doklejone kiczowate rzęsy z plastiku. Na właścicielce zresztą, podobnie. Kobieta miała na sobie urzędniczą garsonkę i cienkie, cieliste rajtki zaciągnięte z tyłu prawej łydki. W ręce – kajecik, miarkę i plastikowy długopis z obgryzioną końcówką. Włosy gładko zaczesane do tyłu, farbowany blond, z posiwiałym odrostem, manifestowały jej wiek – po czterdziestce, ani chybi. Jej twarz, pod tymi rzęsami oraz sylwetka przywodziły Muchowej na myśl kogoś znajomego, ale zupełnie nie umiała sobie skojarzyć, o kogo może chodzić.
Przyjezdna tymczasem zmieniła smutne, znoszone biurowe pantofle na gumowce i wkroczyła na pole. Jęła oglądać drzwi z każdej strony, mierzyć i robić notatki, a po chwili zdjęcia, ale dla odmiany od tych wszystkich hipsterów darowała sobie selfiaka w futrynie. Wyglądało, jakby drzwi były raczej obiektem jej badań technicznych, co potwierdziło się, kiedy Muchowa dojrzała, że robi w kajeciku małe szkice i zapisuje wymiary. Po kilku minutach kobieta bez najmniejszego wysiłku nacisnęła klamkę, otworzyła drzwi i przeszła na ich drugą stronę. Muchowa aż zakrztusiła się herbatką.
– Co tam pani widzi? – krzyknęła w stronę kobiety.
Tamta spojrzała na nią zdziwiona:
– Jak to: co? No… pole, panią, wieś. Spodziewa się pani, że widać z tej strony coś nadzwyczajnego?
– Nie, ale od tygodnia obserwuję tu ludzi i jest pani pierwszą osobą, której udało się otworzyć te drzwi, a to już jest trochę niezwykłe.
Kobieta lekko się zmieszała.
– Pewnie zawiasy akurat puściły, albo mogłam też mocniej klamkę do dołu nacisnąć. Wie pani, ja obcuję z zabytkami, to może już mam wyczucie.
Zrobiła kilka fotek więcej, starannie zamknęła drzwi i zbliżyła się, mocno przyglądając się staruszce.
– Pani Lucyna, prawda? Lucyna Mucha. Musiałam nieźle przewietrzyć pamięć. Agata Kawka – Cegielska, z Urzędu Ochrony Zabytków – służbowym gestem wyciągnęła dłoń na przywitanie. I dodała ciszej: – córka Tadeusza.
Muchowa spojrzała na nią przeciągle.
– Kawka? No proszę, niebiosa mają poczucie humoru. – Zmrużyła oczy. – Wyprowadziłaś się stąd za dzieciaka, z mamą.
– Zgadza się. Skończyłam Ochronę Zabytków, pracuję w województwie.
– Aha?
– Zobaczyłam w sieci u kogoś te drzwi z oznaczeniem miejscowości i ciekawość mnie zjadła. Z ojcem nie utrzymuję kontaktu – dodała, usprawiedliwiając się. – Wolałabym wręcz nie spotkać go tutaj.
– Zero zdziwienia. Ale wiesz, co? Skoro grzebiesz w starej architekturze, to mam u siebie w domu coś, co może cię bardziej zainteresować niż zapijaczony ojciec.
Agata uniosła brew.
– Przedwojenną dokumentację tutejszego spalonego dworku. Na pewno pamiętasz: te chaszcze za wsią. Moja matka miała silny sentyment do niego. Po wojnie wyniosła w ukryciu kilka teczek z gminnego archiwum. Już ze stosu do zniszczenia. Pełna inwentaryzacja, z fotografiami nawet. Zapraszam kiedyś na herbatę, pokażę wszystko. Może wpadniesz na to, co z tym zrobić. U mnie tyle to już leży i niszczeje.
– Może teraz? – Agata wyraźnie się ożywiła.
– Nie, nie: teraz absolutnie nie mogę. Mam zaplanowaną przebieżkę do lasu, z koleżanką. A jutro pewnie też chwilę mi zajmie zanim wygrzebię to wszystko ze strychu. Najwygodniej byłoby spotkać się jutro, ale pod wieczór.
– W takim razie jutro o siódmej będzie okej?
– Może być – Muchowa skinęła głową. – Zapraszam. Pewne rzeczy lepiej widać po zmierzchu – dodała po chwili i Agacie zdawało się, że jej twarz błysnęła przebiegłym uśmiechem.
Rozdział III
Na drugi dzień równo o dziewiętnastej Agata Kawka – Cegielska z Urzędu Ochrony Zabytków bezskutecznie dobijała się do drzwi Muchowej. Zdziwiona obeszła dom, zajrzała w okna. Chwilę postała na ulicy, po czym zrezygnowana wsiadła do auta.
Oparła czoło na kierownicy i westchnęła ciężko.
“Doszłam już do miejsca, w którym nawet wiejskie dziwaczki mają mnie w dupie.”
Napisała do męża: “Pokręcę się jeszcze chwilę po wsi. Nie czekaj.”
Następnie wyszła z samochodu. Wieczór był ciepły i cichy. Z pieców zalatywało dymem i jawnym ignorowaniem Zielonego Ładu. Ruszyła przed siebie. Do domu nic jej nie goniło. Mąż pewnie i tak do nocy będzie polerował raporty jednym okiem przy Netflixie, a to jej “Nie czekaj.” było tak fasadowe, jak cała ich relacja w ostatnim czasie. Komunikacja między nimi sprowadzała się do listy zakupów. Najczulsze wiadomości, na jakie mogła liczyć, brzmiały: “Wymień se klocki hamulcowe” i “Odebrałem ci paczkomat”.
Sypialnia? Dwoje ludzi w trupim świetle ekranów.
Popołudnia? Współlokatorzy w dwóch różnych pokojach.
Pustka o stałym rozkładzie jazdy.
Przestrzeń jakaś nie do pokonania.
On był w szczycie kariery. Nie do zastąpienia w swojej firmie. Rozchwytywany, z sukcesami, ważny, z misją. Agata wieczorami tęsknie patrzyła na jego pochylone nad biurkiem plecy, kiedy pobudzony do granic, pisał jeszcze ostatnie maile. Sądziła, że normalne żony w takich chwilach robią awantury, wściekają się, bo heloł: work-life balans, człowieku.
A ona?
Stawała w jego drzwiach i obserwując go, czuła, jak rośnie w niej jakaś rozpadlina. Pusta jama pośrodku klatki piersiowej, wyrwany ślad po czymś niezwykle istotnym.
Długo myślała, że to po prostu tęsknota za nim. Za ciepłem człowieka, który kiedyś mówił do niej czule.
Ale któregoś dnia pojęła, że jej bóle fantomowe sponsoruje tęsknota za sobą samą.
Za poczuciem sensu w życiu. Za byciem docenianą.
Tymczasem Agata czuła się zbędna.
Niepotrzebna nikomu.
Po terminie przydatności.
W domu to jedno, ale przede wszystkim w pracy, do której chodziła jak na zesłanie. Umierała tam powoli, na raty, każdego dnia. Pieprzona budżetówka i jeden wariant przyszłości dla niej: dwadzieścia lat bezsensownych dupogodzin, plus powolny rozkład osobowości za urzędniczym biurkiem.
Nie zawsze tak było.
Zaraz po studiach Agata była jak rakieta. Architektura i ochrona zabytków to było jej powołanie. Kochała stare budynki, ich pęknięcia i historię. Walczyła o nie wszystkie tak, jakby ratując stare mury, mogła ocalić też siebie. I przez lata naprawdę jej się udawało.
Szefowa jej sprzyjała, doceniała energię. Agata niczym cholerna iluzjonistka wprost z rękawa wyciągała eventy, wykłady, granty i patronaty UNESCO. Bez opamiętania i bez zmęczenia trzaskała nadgodziny, byle wszystko dowieźć jak należy.
Dowoziła. Projekt za projektem. Sukces za sukcesem. To dawało ogromne złudzenie sensu.
A potem… Cyk. Iskierka zgasła.
Kiedy przyszedł nowy kierownik, wszystko się zapadło. Miała wrażenie, że brnie w jakimś szlamie, wszędzie napotykała jego opór i wrogość. Kłody pod nogi, zadania jak dla sekretarki. Kiedyś już nie zdzierżyła:
– Czy pan na serio potrzebuje doktora architektury do skserowania tych materiałów? Może wystarczy magister? – wypaliła mu prosto w twarz i to przy komisji z ministerstwa.
Ta jedna chwila zaorała całą jej karierę. Agata ośmieszyła go publicznie i trafiła celnie w sam środek jego kompleksów, bo doktorat z ich dwójki miała tylko ona.
Na jego zemstę i na degradację nie musiała długo czekać. Odebrał jej wszystko, co kochała w tej pracy: sprawczość, poczucie misji i obcowanie z naprawdę piękną architekturą. Od tamtej pory stała się tylko ozdobnym zakończeniem swojej pieczątki. Ornamentem nad kołnierzykiem. Pindą przy kwiatku – jak powiedziała kiedyś znana prezenterka telewizyjna. Nie zmieni już świata, nie uratuje już nic, nie dokona niczego wartościowego. Może se co najwyżej trochę pokserować i do końca życia opiniować garaże stawiane w złych miejscach.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że doszła już do momentu, w którym ma na to wyłożone. Zobojętniała, znieczuliła się, przyzwyczaiła do tego, że nic nie może i nic nie znaczy.
Wkrótce wszystko inne w jej życiu również dociągnęło do nowego standardu i stało się płaskie jak Radom po termomodernizacji. Bezskutecznie próbowała dla siebie znaleźć sens w czymkolwiek i czuła się samotna jak nigdy.
Mąż żył na innej planecie, a inni? Przyjaciele? No cóż: zaliczali kolejne etapy w życiu – obecnie wszyscy po udanej prokreacji, dosłownie zesrani nad tymi swoimi dziećmi. Zero innych tematów i zero czasu. Banalne wyjście na kawę muszą wpisywać w kalendarz rok naprzód.
Ona też setki razy zastanawiała się, czy może i oni powinni mieć dzieci. Ale czy w ogóle nadawała się na matkę? Czy jakiekolwiek małe istoty zdołałyby wypełnić ziejącą w niej nicość? Zalać ją zupą i kupą. I czy w ogóle, do diabła, powinno się tak robić?
Według Agaty większość kobiet właśnie dzieliła się na dwa rodzaje: te uporczywie zastępujące brak sukcesów zawodowych dziećmi i te uporczywie zastępujące brak dzieci sukcesami w pracy. A ona absolutnie nie chciała stać się jednym z tych przypadków.
No więc – nie mają dzieci.
Nie będą już mieli.
I chuj. Nie ma co drążyć tematu.
Rozdział IV
Szła przez wieś wolnym krokiem, mając wrażenie, jakby nigdy stąd tak naprawdę nie wyjechała. Te same domy, światła w oknach. Panoptykon typowych prowincjonalnych żyć. Kolacje, dyskusje, głośne telewizory i wrzeszczące maluchy, dla których za wcześnie na sen. Czy ci wszyscy ludzie żyją jakimiś lepszymi życiami? Pełniejszymi? Kładą się wieczorem zmęczeni, ale zadowoleni z siebie? Przez chwilę pożałowała wyprowadzki. Pomyślała z wyrzutem, że okradziono ją z czegoś. I oczywiście, nie pierwszy raz, na podniebieniu poczuła gorzką nienawiść do swojego ojca.
Na górce za remizą zatrzymała się. W wieku dziesięciu lat ganiała tu z innymi dzieciakami, o które starzy przesadnie nie dbali. Było już ciemno. Spojrzała w stronę wsi, na swój dawny dom. Świeciło się w nim jedno światło – w kuchni. Typowe. Całe jej dzieciństwo świeciło się tylko w kuchni. Matka oszczędzała, bo ojciec wszystko przepijał. Wykręcała żarówki, żeby nie świecić niepotrzebnie. Mycie się w kuchni, odrabianie lekcji w kuchni, przyjmowanie koleżanek w kuchni. Palący wstyd.
– Idę o zakład, że właśnie chleje – powiedziała do siebie.
Z drugiej strony górki zobaczyła gospodarstwo Bartyzelów. Ruszyła na ich pole i z daleka ujrzała drzwi wciąż sterczące z niego jak jakiś żart.
A kiedy się zbliżyła, na ścieżce zanotowała też sterczącą Muchową, co lekko ją wkurzyło.
– To ja się do pani dobijam, a pani tutaj?! – nie udało jej się ukryć poirytowania w głosie.
– Chciałam, żebyś tu przyszła – odpowiedziała jej z odległości niezrażona niczym kobieta. – Mam tu ten dworek. O, zobacz. – Podała jej teczkę. – Zerknij i powiedz mi, czy dobrze myślę, że te drzwi są stamtąd.
Agata powstrzymała wewnętrzne: “co jest, do cholery” i spojrzała na fotografię. Poświeciła telefonem i wytężyła wzrok.
– Muszę do nich podejść – mruknęła.
Kiedy znalazła się bardzo blisko drzwi, poczuła od nich chłodny powiew, jakby przeciąg w szparach. Niewiele myśląc, nacisnęła klamkę i otwarła je na oścież.
Po czym zamarła.
Za drzwiami nie było widać ani młodego rzepaku, ani wsi.
– Co to, kurwa, ma być?! – odskoczyła z przerażeniem. Rzuciła się w stronę Muchowej. – To jakieś pierdolone czary?
– Powiedz: co tam widzisz? – zapytała Lucyna, nieporuszona.
Agata walczyła o powietrze, jakby wynurzyła się z wody. Nie mogła wydusić z siebie słowa. Mocno kontrastowało to z chłodnym opanowaniem Muchowej, jakby ona od początku spodziewała się tam czegoś niezwykłego.
– Pani tego nie widzi?!
– Nie. To ty otworzyłaś drzwi. To, co tam widzisz, jest tylko twoje.
– Ale pani wie, co się dzieje?!
– Wiem, że to, co tam jest, mówi do ciebie.
Agata przełknęła ślinę.
Jeszcze raz podeszła. Serce łomotało jej w piersi tak, że czuła je w gardle.
Spojrzała jeszcze raz i oparła się o framugę.
– Widzę domy. Ale.. – nie umiała dokończyć.
Coś w niej pękło.
Poczuła spływające po policzkach łzy. Pierwsze łzy od bardzo dawna. Miała wrażenie, że traci panowanie nad swoim ciałem, rozsypuje się.
– To przecież nie jest prawdziwe – powiedziała cicho Agata.
– Jest, ale nie tutaj, na tym polu. To jest prawdziwy obraz tego, co nosisz w sobie. To twój wewnętrzny krajobraz.
Agata osunęła się na próg.
Tętno wracało do normy.
Oddychała ciężko.
– No to chyba mam przesrane – wyszeptała.
Za drzwiami, gdzie tylko nie spojrzała, aż po horyzont ciągnęły się wypalone ruiny. Gruzy. Bezkresne morze zburzonych kamiennych domów.
Rozdział V
Siedziały przy stole kuchennym. W świetle niewielkiej lampki nad kuchenką Lucyna Mucha parzyła herbatę. Agata otępiała patrzyła w jeden punkt na ścianie i dręczyło ją w tej chwili tylko jedno absurdalne pytanie: “Czy ja w ogóle zamknęłam te drzwi?”
Tak jakby widziana w nich apokalipsa miała wylać się niekontrolowanie na bartyzelowe pole, na całą wieś.
– Napar z melisy. Pomoże, napij się – Muchowa podsunęła jej kubek.
Wzięła go w dłonie i rozgrzała się nim.
– Co pani widziała w drzwiach, kiedy to pani je otwarła?
– Chodź, pokażę ci.
Zaprowadziła ją do pokoju obok. Kiedy otwarła do niego drzwi, Agata poczuła intensywny zapach lawendy. Muchowa włączyła światło i pokazała jej stojące w pokoju rozłożone sztalugi, farby. Oraz rozpoczęty obraz. Przedstawiał właśnie lawendowe pole.
Przy czym wyglądał jak najgorszego sortu kiczowata tapeta na pulpit.
Intensywnie fioletowe krzewy lśniące w pomarańczowym, zachodzącym słońcu. Posadzone w równych liniach, jak na prowansalskiej plantacji. Motyle, białe obłoczki. Słowem: sielski landszafcik. Ostatni raz z takiego rzędu sztuką Agata obcowała na deptaku przy kinie Rybak w Łebie.
Zdaje się, że nazbyt słabo zamaskowała swoje rozczarowanie, na co Muchowa uśmiechnęła się zawstydzona:
– Nic na to nie poradzę, za grosz nie mam talentu. Za to ty..
– Ja chciałabym zapomnieć o tym, co tam widziałam, a nie uwieczniać na płótnie – Agata wróciła na swoje miejsce w kuchni.
– A potrafisz zapomnieć?
Agata westchnęła. Czuła się tak opadła z sił, jakby przed chwilą przeorała tamto niedorzeczne pole z drzwiami.
– Nie potrafię. I przede wszystkim wciąż nie rozumiem, dlaczego to zobaczyłam. Dlaczego właśnie ja i dlaczego właśnie taki dramat, a nie coś innego. Pani ma jakieś romantyczniejsze wizje jakoś.
– Nie wiem, dlaczego ty. Chociaż wiem, dlaczego ja. I od razu powiem, że mój krajobraz nie jest tak optymistyczny, jak myślisz.
Agata przewróciła oczami.
– Dla większości ludzi to faktycznie Drzwi Donikąd – ciągnęła Muchowa. – Zdaje mi się, że cokolwiek za drzwiami zdolni zobaczyć są tylko ci, którzy żyją tak.. na progu. Życie ich potoczyło się tak, że utknęli. Jakby zatrzymali się w przejściu i nie potrafią zrobić kroku w przód. Ani w tył.
Łyknęła herbaty. Po chwili dodała:
– Wiesz, nie byłam nigdy na żadnej z tych modnych teraz psychoterapii, ale mam już trochę lat na karku i może nawet nieco oleju w głowie, chociaż inni we wsi twierdzą inaczej – mrugnęła porozumiewawczo Lucyna. – Wiem, że zaglądnięcie w głąb siebie najczęściej nie jest przyjemne. Skonfrontowanie się z sobą jest czasem nawet dość straszne i żaden wyjazd w Bieszczady tego nie ułatwia. Weź i stań sobie oko w oko ze swoimi lękami, rozczarowaniami, oczekiwaniami. Myślę, że jeśli dostaje się to w postaci krajobrazu, to i tak jest to wersja taka… no, wiesz: light. Pomyśl o tych drzwiach, jak o życzliwym przyjacielu, który delikatnie i metaforycznie pokazuje ci, gdzie zawędrowałaś i co czai się w zakamarkach twojej duszy.
– Świetnie, czyli w środku jestem ruiną. Wypalonym do szczętu pustkowiem. Pozostałością po samej sobie. I co teraz niby? – Rzuciła Agata ze złością, na krawędzi płaczu.
Muchowa spojrzała na nią z prawdziwym współczuciem.
– Gdyby te ruiny były prawdziwe, to powiedz mi, co by z nimi zrobiła pani doktor architekt Kawka – Cegielska z Urzędu Ochrony Zabytków?
– Nie wiem… – Agata pociągnęła nosem – Zinwentaryzowałabym, spisała, narysowała. Potem trzeba byłoby się zastanowić, jaką to może spełniać funkcję w przyszłości. Pewnie coś trzeba by odbudować, coś wyburzyć, a coś zabezpieczyć, żeby się nie sypało, ale zostawić jako trwałą ruinę – świadectwo historii. Do tego potrzebne projekty…
Agata urwała w pół zdania.
W domu zrobiło się cicho.
Zrozumiała, co właśnie powiedziała.
Muchowa tylko się uśmiechnęła. Siorbnęła z kubka i po chwili włączyła w kuchni mocniejsze światło. Wtedy Agata zauważyła wiszącą na ścianie przedwojenną fotografię. Na niej grupa ludzi przed wejściem do okazałego dworu. Pośrodku – majętni właściciele. Po bokach – mężczyźni i kobiety ustawieni według wzrostu. Ich stroje wskazywały na to, że pełnią rolę służby.
– Moja matka stoi druga z prawej – rzuciła Muchowa od niechcenia. – Swoje najlepsze lata spędziła w dworku, sprzątając. Zresztą, całe jej życie to było sprzątanie czegoś. W domu sprzątała wkoło nas, po wojnie w Gminie też była – jak to mówiono z przekąsem – konserwatorką powierzchni płaskich.
Lucyna spojrzała za okno, w ciemność.
– Dla mnie była konserwatorką pamięci i życiowego ładu. Skrupulatną i mądrą kobietą. Przez całe życie prowadziła dzienniki, zapisywała najważniejsze rzeczy. Do tego nauczyła mnie zawsze zostawiać za sobą porządek – dodała już trochę bardziej do siebie niż do Agaty.
Rozdział VI
Dokładnie pół roku później, kiedy obite Clio podjechało pod dom Muchowej, wysiadła z niego już inna Agata.
Agata, która postanowiła nie ignorować dłużej swojego wypalenia i spróbować odzyskać kontrolę nad swoim życiem.
Agata, która pewnego majowego popołudnia pod wpływem impulsu kupiła w empiku słusznych rozmiarów podobrazie malarskie oraz pierwsze lepsze farby i pędzle. Następnie całą noc z dziką pasją nanosiła na płótno swoje pierdolone ruiny.
Kiedy o świcie, opadła z sił, obejrzała je w świetle dnia, wybuchnęła dzikim śmiechem. Okazuje się, że zupełnie zapomniała już, jak się to robi. Ostatnio pędzel trzymała na drugim roku studiów. Drżące pociągnięcia farby, mało precyzyjne detale. Nazbyt symetryczna kompozycja. Kolorystyka niewiele lepsza niż u Muchowej.
Finalnie obraz Agaty bardziej przypominał jakiś kanion, pustynię w Nevadzie, w najlepszym razie azteckie wykopaliska. Stracił na swojej grozie zupełnie. Nie przytłaczał też już tak bardzo – w końcu sięgał tylko do krawędzi płótna. Po wielu godzinach pracy nad nim Agata zdążyła się już zupełnie z nim oswoić.
Zanurzyła pędzel w zielonej farbie i chichocząc jak dzieciak jęła domalowywać na płótnie kaktusy. Jak Nevada – to Nevada! Po chwili odeszła od obrazu na dwa kroki i odkryła, że większość z nich wygląda również niezbyt udanie.
Jak hm..
Fallusy.
Mąż znalazł ją leżącą na podłodze, spłakaną jak bóbr od spazmów śmiechu.
Pomogło. Agata zrozumiała, że to ona trzyma w ręce pędzel i może nim jeszcze niejedno zmalować.
W czerwcu zebrała się na odwagę w pracy. Skompletowała dokumenty, spisała daty, znalazła świadków. Jak się okazało, nie tylko ona miała dosyć atmosfery w urzędzie. Złożyła zgłoszenie o mobbingu do Państwowej Inspekcji Pracy.
W lipcu jej szef zrezygnował ze stanowiska.
W sierpniu została kierowniczką projektu rewitalizacji terenów po dworku w jej rodzinnej wsi. Jej zespół opracowuje koncepcję według której fragmenty posiadłości podniosą się z popiołów i staną miejscową atrakcją. Pawilon z kawiarnią, fontanny, wieczorki z muzyką i malowanie przy winie. Droga do tego jeszcze daleka, ale Agata poczuła znów zdecydowanie więcej sensu w życiu.
W październiku gotowa była pochwalić się Muchowej swoimi dokonaniami. Podejrzewała, że wszystkowiedząca kobiecina już i tak zauważyła koszenie i prace inwentaryzacyjne na dworskiej posiadłości, ale szczegółów nie miała jeszcze jak poznać – Nie wyszły jeszcze poza biurko Agaty.
Tylko że Lucyna Mucha znów nie otwierała. Agata stała na werandzie jej domu i dobijała się do drzwi już dobre kilka minut.
– Dlaczego, do cholery, nie wzięłam wtedy od niej numeru? – rzuciła pod nosem.
– Muchowa nie miała komórki. – odpowiedział jej głos za nią.
Odwróciła się. Na drodze stał jej ojciec.
– A nie wiesz, gdzie ją teraz znajdę? – spytała, niezbyt zachwycona jego widokiem.
Tadeusz Kawka kiwnął głową w stronę pagórka za kościołem.
– Zmarła jakoś jeszcze wiosną. Chorowała.
Agata usiadła na schodku. Poczuła, jak coś ściska jej gardło.
Zapadło ciężkie milczenie.
– Chodź do mnie na kawkę – odezwał się po chwili ojciec.
Zawahała się.
– Od pół roku nie piję. I mam coś dla ciebie od niej – uśmiechnął się słabo. – Nie musimy rozmawiać. Po prostu napijesz się kawy.
W domu wręczył jej pudło. Było pełne starych, pożółkłych zeszytów. Kiedy Agata otworzyła jeden na pierwszej stronie, zobaczyła równy rządek starannych liter. Dzisiaj ludzie już nie potrafią tak pięknie pisać odręcznie. Przeczytała:
“05 kwietnia 1937r.
Rano jak przyszłach do roboty, to we Dworze już wszyscy byli powstawali. Zilla mi goda, żebym leciała zaroz na koniec ogrodu, bo coś tam się dzieje.
Pobiegłam i stojo tam prawie wszyscy. Pani klęczała i pacierz mówiła, a Pan łaził tam i nazod, cały czerwony na gębie. Ktoś posłał po farorza.
Na środku, na tym klombie, co zawsze są róże, stojały drzwi. Cołkiem stare, drewniane, take jak od Dworu, ino same, bez ścian.
Wcześniej ich tam nie było. Przysięgam.
Puścili mie blisko i ino ja żech je otwarła, z trudym. Potem do roboty pogonili, a co z nimi dalyj to nie wiym. Do wieczera jak ja szła doma, jeszcze byli.”
W innym zeszycie, zapełnionym tylko do połowy już bardzo koślawym pismem, napisano:
“22005 lipie pintnasty. ciśnieni 110-80-55 tabletki ja pobrała. Wszyn
dzie cz-uć lawenda.
Lipiec 13 abo 17
Po-ra mie już Lcynko. pamietaj zostawiejpo sobi porzondek”
Agata odłożyła go do pudła.
Panującą w domu jej ojca ciszę zakłócały uderzenia słyszane z zewnątrz.
To stary Bartyzel rąbał na polu drzwi siekierą.
Niektóre historie kończą się tylko po to, żeby zrobić miejsce następnej.