Julek, Skrytek i odwaga zza szafki
Opowieść z serii o Bebokach — małych śląskich potworkach, które wcale nie straszą, tylko pomagają dzieciom wtedy, gdy robi się trudno. Julek trafia do nowego przedszkola i chowa się za szafką, bo wszystko jest zbyt nowe, głośne i onieśmielające. Tam spotyka Skrytka, Beboka, który dobrze wie, jak ciężki potrafi być pancerzyk zrobiony z nieśmiałości.
Opowiadanie o nieśmiałości
Oglądając świat przez szybę jadącego samochodu, Julek zastanawiał się, czy ściany w przedszkolu będą białe, czy kolorowe. W poprzednim przedszkolu była nawet jedna ściana w kolorze zielonym – ulubionym kolorze Julka. Z biedronkami, motylami i gąsieniczkami. I był Mikołaj – najlepszy kolega. Czy w nowym przedszkolu też znajdzie się ktoś, kto, jak Mikołaj (i naturalnie, także Julek), lubi pociągi i kanapki z samym pomidorem? Czy będzie w ogóle można zjeść z SAMYM pomidorem?
Jazda była krótka. Mama mówiła, że to też dlatego się przeprowadzili – żeby Julkowi było bliżej do fajnego przedszkola. Fajne przedszkole! To brzmi bardzo dobrze! Brzmi jak pociągi, zieleń i SAM pomidor.
Ale kiedy weszli do budynku i Julek zobaczył, że ściany są tam okropnie pomarańczowe, żółte i niebieskie (a nie było dla Julka nic gorszego niż kolor niebieski!), to aż zaniemówił i cofnął się o krok.
– Chodź, Juleczku, zobacz, to jest twoja nowa pani – mama pociągnęła go za rękę, zanim dobrze założył kapcie.
– Cześć Julek, jestem pani Ania – pochyliła się nad nim postać, której włosy były bardzo ciemne, a na nosie miała – o nie! – okulary!
Julek nie przepadał za dorosłymi w okularach. Rozumiał, że okulary są potrzebne komuś, żeby lepiej widzieć i nawet przyjaźnił się z Alą, która także je nosiła. Ale okulary u dorosłych to było zupełnie co innego! To oznaczało, że taka osoba na pewno – jak poprzednia sąsiadka Julka – będzie na niego krzyczała, kiedy wrzuci jej piłkę za płot. Albo, jeszcze gorzej – da mu zastrzyk – jak jego lekarka, wyjątkowo okularowa i przerażająca osoba. Pani Ania uśmiechała się jednak bardzo ciepło:
– Chodź, Julek, od dziś jesteś w naszej grupie Biedronek, zobacz, to jest nasza sala.
To akurat zabrzmiało bardzo miło, ale mimo to, Julek nie umiał puścić maminej ręki i nie puszczał nawet, kiedy okazało się, że w sali są ZIELONE krzesełka i biedronki naklejone na oknach.
A to dlatego, że w sali było również dwadzieścia par oczu patrzących tylko na niego – na Julka!
Mama przykucnęła.
– Dalej nie mogę iść, kochanie. Tutaj jest już strefa dla odważnych pięciolatków, a ja nie mam takiej licencji.
Julek lubił, kiedy tak żartowała. Wiele razy musiał wydawać jej już licencję na sprzątanie jego pokoju i na zrobienie kanapek z nutellą. Bo też twierdziła, że nie może. Ale tutaj nie był w stanie nic zrobić – jego oficjalna pieczątka w kształcie lokomotywy została w domu. A wiadomo, że bez pieczątki licencja jest nieważna.
Pokiwał głową. Spróbuje sam.
Mama dała mu buziaka i obiecała, że odbierze go dziś wcześniej. Julek zaś zebrał się w sobie i wszedł z panią Anią do sali, ale wtedy poczuł:
Gorąco.
Zimno.
Słabo.
Znów gorąco. Ścisk w żołądku. Ścisk w gardle.
Sucho w buzi.
Mokro na rękach.
Miękko w kolanach.
I zamiast usiąść na wskazanym krzesełku puścił się pędem w stronę szafki z zabawkami i schował za nią tak, że wystawały mu tylko końce kapci. Usłyszał gromki śmiech dzieci i zrobiło mu się przykro. Poczuł napływające łzy.
Pani Ania podeszła do niego i zaproponowała:
– Julku, jeśli masz ochotę, to posiedź tutaj chwilę. Poobserwuj sobie nas, a jak będziesz gotów, to dołączysz do śniadania. Będziesz tylko wcześniej musiał umyć ręce, okej?
Kiwnął na tak. Pani poszła. Julek zobaczył, jak nalewa dzieciom herbatę do kolorowych kubków. Też by się napił. Zobaczył, że przy jedynym pustym krzesełku stoi zielony kubek i talerzyk z gigantycznymi plasterkami pomidorów. To chyba dla niego!
Właściwie to Julek chciałby już coś zjeść, ale nie umiał ruszyć się zza szafki.
Rozejrzał się. W jego kąciku było trochę ciemno i pachniało kurzem. A może bardziej lasem? Tak przez chwilę mu się zdawało. Usłyszał też głośne burczenie z głodu, ale – co ciekawe – wcale nie z wnętrza jego brzucha!
Wtedy zobaczył, jak drzwiczki szafki się otwierają i wypada z nich coś dziwnego.
– Ależ bym zjadł takie śniadanie! – to coś wstało i widząc co się dzieje na sali, poklepało się po brzuszku. – O, witaj! – zawołało na widok Julka.
Chłopiec aż się cofnął, ale po chwili uznał, że stworzenie, które wygląda tak zabawnie, nie może być groźne. Przybysz z szafki miał urocze, szare futerko i był prawie tak duży jak Julek. Miał wielkie, wodniste oczy i odstające uszy. Na sobie zaś dźwigał dziwaczny metalowy pancerz jak rycerz albo robot. Do tej pory Julek takie cudaki widział tylko w bajkach.
– Ależ to niewygodne! – stwór zaczął ściągać z siebie metalowe części i usadowił się obok Julka.
– Jesteś potworem? Potwory nie istnieją – chłopiec bardziej stwierdził, niż spytał.
– Jestem Bebokiem. Gdzie Boroki – tam Beboki! To nasze hasło.
– Co to jest Bebok? I co to jest Borok? – Julek lubił poznawać nowe słowa, więc od razu się ożywił.
– Borok, Boroczek – to ktoś, kto popadł w tarapaty i potrzebuje pomocy. Ty mi wyglądasz na takiego właśnie – przybysz obejrzał Julka od stóp do głów. – A Bebok, to po śląsku straszydło, potwór. Ale ja i moja ekipa walczymy o to, by przywrócić nam dobre imię. Nie jesteśmy straszni, jesteśmy pomocni!
– To jest was więcej?
– Nas – pełny las! – rozpromienił się Bebok. – Ja się nazywam Skrytek, bo często czuję się onieśmielony.
– O, to chyba coś jak ja – westchnął Julek.
– No dokładnie! Ja się zjawiam do pomocy właśnie wtedy, kiedy komuś nieśmiałość w czymś przeszkadza. Widzę, że tobie przeszkadza w zjedzeniu śniadania i znalezieniu nowego przyjaciela, który… czekaj… tu mam notatki… – Bebok wyciągnął kartki papieru z ukrytej w swoim futerku kieszonki i przeczytał: – Julek potrzebuje kolegi, który lubiłby lokomotywy, kanapkę z samym pomidorem, zielony kolor i byłby chętny na wspólną zabawę. Zgadza się?
– No, tak. Ale jak mi chcesz pomóc? – zapytał chłopiec.
– Tu mam narysowany cały plan, patrz! – Skrytek wyciągnął drugą kartkę, gigantyczną i poskładaną w kostkę, po czym rozłożył przed sobą na podłodze. – A nie, czekaj, to mapa lasu – podrapał się po łebku. – Ja to zawsze muszę coś zgubić!
– Nie szkodzi, powiedz mi po prostu jak się walczy z nieśmiałością – poprosił chłopiec.
– Ano właśnie – z nieśmiałością się nie walczy.
– Jak to?
– Nieśmiałość to taka twoja naturalna osłona, pancerz – jak mój. Albo jak kolce u jeża – wyjaśnił Bebok. Twoja jest niewidoczna, ale działa podobnie.
– Wszyscy taką mają?
– Nie wszyscy, ale dużo więcej osób niż myślisz. Nawet dorośli! Kiedy muszą powiedzieć coś przed publicznością albo poznać kogoś nowego, to bardzo często są onieśmieleni. Wówczas pancerzyk sam i bez pytania wskakuje im na plecy i ramiona.
– Masz rację, to bardzo niewygodne i ciężkie – Julek przymierzył metalowe okrycie Skrytka.
– Zgadza się. Twoja nieśmiałość chyba też cię trochę uwiera? Poszedłbyś chętnie już na śniadanie i do zabawy, prawda?
– Tak – westchnął chłopiec. – Ja wcale nie chcę być nieśmiały!
– Nie jesteś! Może i masz pancerzyk, ale przecież nie jesteś pancernikiem, tylko chłopcem – roześmiał się Skrytek. – Tak naprawdę możesz zdecydować się odłożyć swoją nieśmiałość gdzieś na chwilę – o na przykład tutaj z boku, żeby ci nie przeszkadzała. I robić wszystko, na co masz ochotę!
– Ale jak? Przecież jest niewidoczna. Nie da się jej po prostu zdjąć, jak twojego okrycia – zauważył chłopiec.
– Każda mała rzecz, którą odważysz się zrobić, pomimo tego, że wciąż czujesz onieśmielenie – to zdjęty jeden kawałek twojego ciężaru – odpowiedział Skrytek. – Podejdziesz do stolika i dzyń, dzyń! – odpadną śrubki z pancerza. Uśmiechniesz się do kogoś – i trzask – odpadną ze zbroi ciężkie blachy. Ani się obejrzysz – zrobi się lekko i nic już nie będzie cię uciskało, a poza tym wreszcie coś przekąsisz. Spróbujesz?
– Postaram się – Julek pomału podniósł się z podłogi.
– Ja tu sobie posiedzę i będę ci kibicował. Tutaj mam.. O! – Bebok wyjął z kieszeni kolorowy szalik z napisem “Julek Mistrz” i uniósł nad głowę. – A jak poczujesz, że to za dużo, to po prostu wróć tu do mnie.
– A jak to wszystko zrobię, to dostanę licencję odważnego pięciolatka? Boję się, że bez niej jestem tu nielegalnie.
– Robić coś mimo tego, że się czuje niepewność – to odwaga godna tej licencji. Sam ci wystawię! Mam, o tutaj, swoją pieczątkę!
– No to spróbuję. Julek wciąż czuł ścisk w żołądku i nogi mu lekko drżały. Wstał i ruszył w stronę stolików. Usłyszał za sobą brzęk, jakby spadającej śrubki. A może tylko mu się zdawało? Śniadanie było wyborne. Kanapka z samym pomidorem. Ciepła herbata owocowa. I coś jeszcze: uśmiechnął się do niego chłopiec, który potem co prawda powiedział, że woli kolor niebieski, ale zaprosił Julka do układania torów dla kolejki!
Trasa pociągów wyszła im wspaniale! Była ogromna i miała tunele. Dołączyły też inne dzieci i teraz wszyscy puszczali po niej wagoniki. W połowie zabawy Julek zorientował się, że zupełnie zapomniał o Skrytku. Zerknął w stronę szafki, ale tam było już pusto.
Za to, wychodząc do domu, już w szatni, Julek odkrył coś w kieszonce swojej kurtki. Kartkę papieru z odciskiem pieczątki w kształcie Beboka.
– O, tu jest napisane: Licencja Odważnego Pięciolatka! – to mama zajrzała mu przez ramię i przeczytała. – Pani wam takie dała?
Chłopiec tylko się uśmiechnął. Na odchodne pomachał do Krzysia, swojego nowego kolegi.
– W domu wystawię ci licencję na odbieranie mnie trochę później – odezwał się Julek do mamy już w aucie. – Miałaś rację, że fajne to przedszkole.
Niektóre historie kończą się tylko po to, żeby zrobić miejsce następnej.