Trauma pokoleniowa / fragment książki

Wspierające opowieści Opowieści równoległe

Trauma pokoleniowa / fragment książki

Losy mojej rodziny dopisują kolejną perspektywę do opowieści o traumie pokoleniowej. Tym razem nie zbudowanej z wielkich katastrof i historycznych tragedii, a utkanej z codziennych strat, wstydu, biedy i małych ucieczek, które okazują się być równie trwałym dziedzictwem.

Uwaga: ten tekst zawiera wulgaryzmy i dużą ilość sarkazmu. Dotyka też trudnych emocji — czytaj w zgodzie ze sobą.

Zobacz dodatki do tego opowiadania:

Posłuchaj tej opowieści Przejdź do praktyk twórczych

Streszczenie fabuły

Cztery kobiety. Prababka, babka, matka i córka. Prawdziwe życiorysy, w których nie ma bohaterskich czynów, a wielka historia pozostaje w tle. Jest za to wielowymiarowa walka o przetrwanie i momenty graniczne, w których okazuje się, że pojedyncza decyzja potrafi zaważyć o losie pokoleń.

Prababka Wiktoria wróciła pieszo z zesłania na Sybir i władczą ręką trzymała w ryzach swoich siedmioro dzieci. Stasia została nakłoniona do małżeństwa przez ojca, ale to jej własne wybory wiodły ją dalej przez niełatwe życie w nieznanym jej kraju – powojennej Polsce. Basia, w młodości doświadczyła upokorzeń i biedy. Obiecała sobie, że za wszelką cenę nie popadnie w nią ponownie. Jej determinacja i plan wyrwania się do lepszego świata odcisnęły piętno na jej małżeństwie i relacji z córką.

Czy życie naprawdę za każdym razem wymaga od nas siły? I czy to, co nazywamy kobiecą siłą, zawsze oznacza stawanie do walki? Czy taką siłą po prostu dysponujemy, czy też jest to stwardniałe miejsce po wielokrotnie ćwiczonym przetrwaniu? Czy jest możliwa skuteczna ucieczka od przeszłości, czy też jesteśmy skazane na jej noszenie w odziedziczonym po babce bagażu? I wreszcie: czy decyzja o nieuciekaniu też jest formą ucieczki? 

Główna bohaterka, Nelson rozważa te kwestie od lat, kontenerując w sobie nadmierną ilość trudnych wspomnień czterech pokoleń kobiet – od lat dwudziestych XX wieku aż do dzisiaj. Jej życie jest obarczone konsekwencjami dawnych wyborów, rodzinnych mitów i przemilczanych historii, które wracają jak echo w najmniej spodziewanych momentach. Książka ta wynika z jej potrzeby uwolnienia ich na światło dzienne. Z próby ułożenia ich w ciąg, który pozwoli zrozumieć, z czego tak naprawdę Nelson jest zbudowana.

Nelson to ja. Ale – kto wie? Może Nelson to też every(wo)man? 

Losy mojej rodziny dopisują kolejną perspektywę do opowieści o traumie pokoleniowej. Tym razem nie zbudowanej z wielkich katastrof i historycznych tragedii, a utkanej z codziennych strat, wstydu, biedy i małych ucieczek, które okazują się być równie trwałym dziedzictwem.

„Czy życie naprawdę za każdym razem wymaga od nas siły? I czy to, co nazywamy kobiecą siłą, zawsze oznacza stawanie do walki?”

/ fragment książki /

Stasia

Wskoczyłam z powrotem do wagonu.

Pierwsze od przodu pociągu żołnierze ponownie ryglowali do odjazdu. Wokół panował chaos, wszyscy się przekrzykiwali. Większość ludzi pośpiesznie opuszczała pociąg. Walizki dosłownie fruwały nad głowami.

– Oszalałaś! Tam są sowieci! Polska będzie czerwona! – krzyczał do mnie z dołu ojciec.

Matka klęczała na nasypie i darła się wniebogłosy. Anna i Maria płakały. Ciągnęły mnie za spódnicę w dół, do siebie. 

Ja patrzyłam tylko na niego, a on uparcie nie podnosił wzroku. Dopalał papierosa i dokładnie oglądał swoje buty, jakby widział je pierwszy raz w życiu. Pragnęłam, żeby spojrzał na mnie, na nas, wiszących na krawędzi wagonu, na krawędzi swojego losu i powiedział coś więcej. A on, wciąż z tym pustym spojrzeniem, powtórzył po raz kolejny:

– Tam będzie moja rodzina. Tak obiecałem matce. Przysiągłem jej i braciom, że po wojnie zamieszkamy w Cosel.

– Bruno! Nie ma Cosel. Nie będzie żadnego Cosel, a nas tam wyaresztują. Nie po to był ten ślub, dokumenty… – ojciec próbował z nim jeszcze rzeczowo rozmawiać. – Dojdą do wszystkiego i będzie po nas. Patrz, tutaj mam już wypisane bilety imienne. Twój też. Kanada! Pomyśl!

„Anna i Maria płakały. Ciągnęły mnie za spódnicę w dół, do siebie. Ja patrzyłam tylko na niego, a on uparcie nie podnosił wzroku.”

Bruno wreszcie na mnie spojrzał. W jego oczach było pytanie.

– Ślub był, Sasza.

– Ślub był, papa – powtórzyłam twardo. – To ty to wszystko wymyśliłeś. 

Ojciec machnął ręką w stronę trzech zapuchniętych od płaczu twarzy.

– Sasza, pomyślże o nich! Przecież wiesz, że potrzebowaliśmy nowego nazwiska – załamał mu się głos.

– No to ja mam nowe! Takie, jak mi wpisaliście! Mierzwińska jestem! Stasia, nie Sasza. I jadę za mężem do rodziny. Sprzedałeś mnie, to masz.

Usiadłam na walizce i na złość ojcu przechyliłam butelkę wódki. A może na złość sobie. W gardle zapiekło.

– Sukabladź – na widok zbliżającego się żołnierza, ojciec splunął na tory. 

– Odjazd! – rzucił tamten. – Pociąg prawie pusty, a wy jednak się wybieracie do wujaszka Stalina? No! Wte albo wewte! Zamykam!

Żołnierze eskortujący pociąg byli Amerykanami i po niemiecku mówili słabo. Kiedy skład zatrzymał się przed mostem na rzece, wszyscy pasażerowie wyjrzeli zdezorientowani. Mundurowi w tym czasie jęli otwierać wszystkie boki wagonów i tłumaczyć tą swoją łamaną niemczyzną coś o nowej granicy, umowie w Poczdamie, ruskiej Polsce. I że oni nie jadą dalej niż za most, a tam zmienią ich sowieccy sołdaci. Że kto chce, może jeszcze wrócić do alianckiej strefy, będzie podstawiony skład powrotny. 

Pierwsi wysiedli niepewnie. Po chwili ruszyli wszyscy – nieomal cały pociąg.

Poza Brunem tylko garstka osób miała ochotę przejechać na prawy brzeg Nysy. A z nich wszystkich zdawało się, że tylko on jeden miał jakąś szczerą nadzieję na dobre życie. 

I może ja, tak trochę. Bo czy ktoś tak ciągnąłby do rodziny, która go nie kocha? To muszą być dobrzy ludzie – pomyślałam. A może i bogaci? Może i mnie w tym Cosel coś dobrego czeka?

Kiedy zatrzaśnięto drzwi w wagonie przed nami, mocniej złapałam Bruna za dłoń. Moje siostry zaś zaczęły prawdziwy lament:

– Bez Saszy nie zostajemy!! Nie, papa, mama! Bez Saszy nie!!

Ojciec przemielił jeszcze jedno przekleństwo w ustach i wpakował je z powrotem do środka. Przypadły do mnie i wtuliły się mocno w moje nogi. Papa wspiął się sam do wagonu i pomógł matce z walizkami. Kiedy i ona wdrapała się do wewnątrz, pojęłam z jej wyrazu twarzy, że nigdy mi tego nie wybaczy.

Nie minął rok, jak zostałam w tej sowieckiej Polsce zupełnie sama.

Nie, nie czekało mnie w tym Cosel nic dobrego.

„Nie minął rok, jak zostałam w tej sowieckiej Polsce zupełnie sama.”

Nelson

Kozielko inside. 

To znaczy: taka swoista melancholia wyzierająca z nas wszystkich. Albo raczej: wbudowana w nas – jak procesor, z którego reklamy wzięliśmy to powiedzenie. Ustawienia fabryczne całej grupy osób, z których do wieku średniego absolutnie nikt z nas nie wyrósł. Duch miejsca z nutą dekadencji. A może tylko mieszanka wyziewów z zakładów przemysłowych otaczających miasto.

Kozielko to także pieszczotliwa nazwa na łącznie występujący zbiór zjawisk: przesiąknięte zapachem fajek włosy i rozmowy do świtu. Dzielenie włosa na czworo i wielogodzinne roztrząsanie życiowych dylematów. Tendencja do utrudniania sobie, tam, gdzie można by ułatwić. Lojalność plemienna i tanie wino dobijane na ławkach okalającego dawną twierdzę parku. 

Urodzeni w latach osiemdziesiątych. W czasach szkolnych, które przypadły nam na przełom tysiącleci, każdy z nas miał jakiś problem. Nieszczęśliwa miłość, skonfliktowani starzy, słabe notowania w szkole, problematyczna orientacja seksualna, alkoholizm, lęk o przyszłość, przerost ambicji, zagubienie. Można było tym zagrać w bingo – większość z nas zaliczała prawie wszystkie te dramaty naraz. A jednak mieliśmy siebie i dzięki temu przeszliśmy od okresu burzy i naporu do niepewnej dorosłości. Prawie wszyscy też w którymś momencie wyprowadzili się z Koźla. A jednak to metafizyczne Kozielko, niczym ta wieś w przysłowiowym chłopie, rozpoznawane jest w każdym nas do dziś. Ono płynie w naszym krwiobiegu, nawet jeśli sam krwiobieg aktualnie mieszka w Londynie, Paryżu, Wrocławiu, czy Katowicach. 

W swoich dorosłych wcieleniach spotykamy się niezmiernie rzadko. Z reguły raz do roku, nawet rzadziej. I jeśli jest jakiś czas, w którym istnieje większe prawdopodobieństwo, że znów spróbujemy razem wypić (już nie tak tanie) wino na ławce, to będzie to w okolicy Wszystkich Świętych. Jesień, spleen i długie płaszcze to po prostu to, co melancholijny kwiat Kozielka sprzed dwóch dekad lubi najbardziej.

W kieszeni wibruje mi telefon. Wezwanie do stawienia się już za chwilę w lokalnym pubie, albo prośba o zakup paczki papierosów. Przed nami dziś długie tournée szlakiem młodości. Tymczasem ja kiwam się jeszcze nad czarną, granitową płytą na kłodnickim cmentarzu.

Bronisław, nie Bruno. Stanisława, nie Sasza. Witold. Władysław.

Mój wzrok spoczywa na ostatnim imieniu: Wiktoria. 

To imię, które wybrałam dla mojej córki – bardzo w tym momencie żywej, dodam. Ta tutaj Wiktoria to inspiracja, pierwowzór. Uchodziła od zawsze w naszej rodzinnej mitologii za prawdziwą heroinę, a ja chyba chciałam uszczknąć dla mojego dziecka chociaż odrobinę tej hardości, niezłomności i władczości. Spiąć klamrą silnych ramion prababki i potencjalnie silnych ramion mojej córki te mniej harde i twarde z nas. Te pomiędzy, których linia życia nie chciała ułożyć się podług naszej woli. Te miotane okolicznościami, a na pewnym etapie już po prostu rozczarowane i zmęczone egzystencją. Jak ja.

Niedawno stuknęła mi czterdziestka. Z tej okazji zrobiłam przegląd życia, krótki przegląd konta bankowego i zaordynowałam sobie imprezę ku czci.

Ku czci tego, czego nie osiągnęłam.

A do tego balangę musiałam wydać wybitnie składkową, gdyż tegoż urodzinowego dnia na moim koncie widniało mniej niż trzysta złotych. W sam raz na utopienie się w jakiejś butelce i ani grosza więcej. Na szczęście znalazło się parę osób, które z przyjemnością upiekły dla mnie ciasto i zamieszały coś na sałatkę. Kolejne flaszki też donieśli. Tym sposobem od pół roku piję więcej, dzisiaj akurat w Koźlu.

Zawsze ktoś donosi flaszkę. Mówią na to: kapitał społeczny.

Na ten mam oddzielne subkonto.

„Ta tutaj Wiktoria to inspiracja, pierwowzór. Uchodziła od zawsze w naszej rodzinnej mitologii za prawdziwą heroinę, a ja chyba chciałam uszczknąć dla mojego dziecka chociaż odrobinę tej hardości, niezłomności i władczości.”

Wiktoria

A gdybym teraz nagle umarła? Co byś zrobiła? – zapytałam.

Rozpłakała się.

Szłyśmy polem do domu, w ciemności niewiele było już widać. Ona co rusz potykała się i cały czas nieznośnie pociągała nosem.

Nie przepadam za tym dzieckiem. Nie nasze ono jakieś. Staśki. Saszki. Widać, że mazgaja urodziła. Kolejnego. Syn też u nich do niczego. Chudy i niemowa. Wadliwy całkiem się urodził. Tam tylko starsza córka im się udała. Po niej widać, że Mierzwińska. Piękna i niegłupia.

A to? Niby pięć lat ma dopiero, ale już widać, że ani ładna, ani bystra. Gdyby to z nią mi przyszło tyle iść, co wtedy… Zostawiłabym po drodze, jak Boga kocham. Zostawiłabym w Czelabińsku.

– No? Gdzie byś leciała po pomoc? – szturchnęłam ją.

– Nie wiem, babciu. Nie wiem.

Doszłyśmy do domu, poleciała do tej swojej ruskiej matki.

Dobrze, że jutro wyjeżdżają. Nikt mnie nie rozczarował w życiu, jak mój najstarszy syn. Wrócił mi z wojny z ruską hołotą. Po to go posłałam? Żeby mi taką kobietę przywlókł? Żeby takich dzieci narobił?

Może to jego powinnam była się w tym Czelabińsku pozbyć.

A może miałyśmy tę Staśkę wtedy, zaraz po ich powrocie zrzucić do Odry. Moja Izuś chciała. Też jej taka bratowa nie pasowała.

Kto by poznał? Resztki drewnianych belek na zniszczonym moście, o wypadek nietrudno. Mnóstwo ludzi codziennie przechodziło tamtędy z Kłodnicy do Koźla i z powrotem. Gdzieniegdzie trzeba było przeskakiwać. I co tydzień jednego pijaka było mniej z tego powodu.

Tyle że Staśka nie pije. Pływać potrafi.

I siły ma więcej. Tego się Iza najbardziej bała.

„A gdybym teraz nagle umarła? Co byś zrobiła?”

Nelson

Tak Pani słucham, pani Nelu i wyłania mi się tutaj obraz wielu silnych kobiet w pani rodzinie, a mężczyzn brak. Jakby w niedoborze, zdominowani, wyraźnie w tle – terapeutka spojrzała na mnie badawczo znad swojego kajecika.

Wzruszyłam ramionami.

– Szybko umierali – odpowiedziałam bez głębszego zastanowienia.

– Nie wszyscy, prawda?

– Jeden był uprzejmy nie umrzeć. Wywinął się paskudnemu raczydłu w trzecim stadium i zaraz potem musiał się salwować ucieczką z małżeństwa.

– Jak to pani już dziś powiedziała: sarkazm to pani drugie imię. Nawet jak boli. Mówi pani o swoim ojcu, tak? – zanotowała coś.

– Tak. I bardzo nie boli. Dobrze, że się wywinął i najwyraźniej zapragnął nowego życia. Ja to nawet rozumiem – rzuciłam jej uśmiech. – I błagam, nie wracajmy już do tej figury nieobecnego ojca.

– Rozumie pani – co? Tę ucieczkę?

– Tak. Wszyscy przed czymś uciekamy, nie?

– Nie. 

– Nie?

– To przekonanie musiała skądś pani wynieść. Jesteśmy tu po to, żeby zobaczyć, skąd się wzięło i spróbować je rozbroić.

– Ale ono jest funkcjonalne.

– Z tym, że pani nie chce już dłużej uciekać, tylko coś zbudować wreszcie. To są pani słowa: że po to jest pani w terapii.

– A czy to nie będzie ucieczka w budowanie? Ucieczka w budownictwo! O tym też mam świetne zeznania! – znowu mnie ubawiło, do czego doszłyśmy w tej rozmowie.

– Ponownie ironia. Bardzo błyskotliwa, wiem do czego pani pije. Ale ja bym chciała jakoś przejść przez te chroniące panią zasieki z chłodu i sarkazmu i dojść do prawdziwej Neli – powiedziała spoglądając na mnie ciepło.

– Do prawdziwego Nelsona?

– No właśnie. Jak pani myśli: dlaczego rodzaj męski – Nelson?

– Taka ksywka mi się dostała od przyjaciół. Nic na to nie poradzę.

– Tak panią postrzegają. I wzięła ją pani jak swoją. Używa jej.

– Myśli pani, że to zaś idzie o te twarde kobiety? Nie przyznaję się. Ja to akurat z tych słabych w rodzinie.

Zobaczyłam w jej oku błysk. Teraz mi będzie udowadniała, że wcale nie. Nie lubię tego. Terapia pod tezę. Było jednak się rozwieść, a nie się tu teraz produkować. Zachciało mi się ratować i budować: ucieczka od ucieczki. 

– Matrioszka – powiedziałam. – Silna kobieta w słabej kobiecie w silnej kobiecie w słabej kobiecie.

„Myśli pani, że to zaś idzie o te twarde kobiety? Nie przyznaję się. Ja to akurat z tych słabych w rodzinie.”

Basia

Bieda to stan umysłu – powiedziała ostatnio jedna młoda siksa w telewizji.

Otóż nieprawda. Bieda może dopaść cię znienacka albo podkradać się do ciebie latami – tak jak do nas – zupełnie niezauważenie. My w dosłownie kilka tygodni spadliśmy na łeb na szyję z drabiny społecznej na samo jej dno. Tak dokładniej – z pięknego mieszkania do zawilgoconej piwnicy. Z wysokiej pensji z premiami – wprost na rentę chorobową, a potem wdowią. 

Te lepsze czasy, to moje wczesne dzieciństwo na Dolnym Śląsku. Szkoła, koleżanki. Wypastowane buciki i kokardy we włosach, czasem tylko rajtki po siostrze. Szanowany ojciec na dobrym stanowisku w fabryce tekstyliów, mama zaradnie prowadząca dom. Wycieczki do lasu i sobotnie popołudnia na lodach na rynku. Wspaniałe życie klasy robotniczej, kilka lat socjalistycznego raju. 

A potem nagle ojciec zaczął chorować. Nie widzieliśmy tego wcześniej, nie mieliśmy takiej wiedzy, jak teraz. Co to było? Banał: cukrzyca – tyle, że źle prowadzona. Nie był w stanie wydajnie pracować i utrzymać swojej posady. Na jego miejsce – kierownika oddziału, dybała cała kolejka chętnych. A on słabł i słabł w oczach. W końcu musiał zrezygnować. 

Potem poszło już szybko. Musieliśmy zdać nasze słoneczne czteropokojowe mieszkanie z ogródkiem – przydział z zakładu pracy. Czekała nas przeprowadzka do innego miasta, do piwnicy u babki. Miało być tylko na chwilę. Okazało się na wiele lat, a dla ojca – do śmierci. Dwoje dorosłych, dwoje nastolatków i ja w wieku lat dziesięciu w jednym pomieszczeniu bez okien przedzielonym szmatą. Grosze na utrzymanie. Nikt z rodziny nie podał nam wtedy pomocnej dłoni.

Nie wiem, czy nie mogli, czy nie chcieli. Babka wyraźnie okazywała nam niechęć.

Najjaskrawsze wspomnienia mam z posiłków. Pamiętam, że nie stać nas było na mięso. Jednego kurczaka dzieliliśmy na pięć osób. Byłam najmłodsza, więc mi w udziale przypadały już prawdziwe ochłapy. Przez wiele lat potem jeszcze mówiłam, że lubię kurze szyjki z rosołu. Nie lubiłam, ale to wszystko na co mogłam liczyć na tym etapie od losu.

– Chcesz lepszego życia. Widzę to po tobie – powiedziała pewnego dnia do mnie wychowawczyni w technikum. – Nie dojadasz, ale nie jesteś głupia. Znać inteligencję w rodzinie. Brat ci się rozpił i wyleciał z uczelni, ale siostra, mimo wczesnej ciąży, kontynuuje studia, prawda?

Nie odpowiedziałam nic. Bo co mogłabym powiedzieć? W zasadzie to cała rodzina mi się rozpiła za wyjątkiem matki, która nie mogła, bo po śmierci ojca musiała nas utrzymać. A może napatrzyła się na tych wszystkich wiecznie wstawionych pseudo szlachciców z mężowskiego stada i to jedyne, czym mogła w tej chwili nad nimi górować – trzeźwym umysłem.

– Mam dla ciebie rozwiązanie, ale musisz podgonić matematykę – spojrzała na mnie przenikliwie. – Będę cię rekomendować na studia na politechnice. Punkty za pochodzenie robotniczo – chłopskie masz. Oceny bardzo dobre też. Tylko z matematyki na koniec czwartej klasy miałaś tróję. Zrobisz piątkę na maturze, to wyrwiesz się z tej swojej biedy. Studia, akademik, stypendium. Masz rok dziewczyno, działaj.

Tego dnia obiecałam sobie, że już nigdy nie wrócę do piwnicy.

„Zrobisz piątkę na maturze, to wyrwiesz się z tej swojej biedy.”

/ciąg dalszy w opracowaniu/

Niektóre historie kończą się tylko po to, żeby zrobić miejsce następnej.

Podoba Ci się ta opowieść?

Pomóż mi tworzyć kolejne historie

Jeśli chcesz, możesz zostawić ślad swojego wsparcia. Dzięki temu ten świat może rosnąć spokojniej.

Wesprzyj projekt

Zostań dłużej

Nowe opowieści prosto do Ciebie

Zapisz się do newslettera i otrzymuj nowe teksty, podcasty oraz twórcze inspiracje.

Może spodoba Ci się również

Zobacz więcej opowieści →

Rzecz o wracaniu II

Druga część eseju o kobiecym znikaniu, które nie wygląda jak dramatyczne odejście, tylko…

Rzecz o wracaniu

Drzwi

Na środku pola wyrastają stare, dwuskrzydłowe drzwi. Jedni widzą w nich sensację, inni…

Wspierające Wiedźmy

Kamienie

Marta idzie do lasu, bo ma dość. Dość pracy, domu, dzieci, męża, własnego…

Wspierające Wiedźmy

Rzecz o wracaniu I

Moment, w którym rozumiesz, że rodzinny system działa świetnie głównie dlatego, że Ty…

Rzecz o wracaniu
Wróć do opowieści dla dorosłych

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry