Szkoła nad Kopalnią i Tajemnica świateł

Wspierające bajki 8-12 lat Szkoła nad Kopalnią

Szkoła nad Kopalnią i Tajemnica świateł

W Szkole nad Kopalnią światła zaczynają gasnąć bez wyraźnego powodu. Dzwonki cichną, komputery odmawiają współpracy, a szkolny automat nagle się buntuje. Dorośli szukają usterki w kablach, ale Tymek i Hela coraz wyraźniej widzą, że szkoła reaguje na coś zupełnie innego.

Posłuchaj tej opowieści Przejdź do zabaw twórczych

Rozdział I

Tego dnia, przekraczając próg szkoły, Tymek poczuł, że coś jest nie tak.

Z reporterską dokładnością odnotujmy, że był to poniedziałek, siedemnasty listopada, godzina 7:55. Panowała jesienna mgła, typowa szarówka sennego poranka. W całej szkole zwykle od rana zapalano światła. A to dlatego, że grube mury budynku przedłużały jesienny półmrok aż do trzeciej, czwartej lekcji. Dopiero po tej godzinie przez okna do klasy wpadało więcej dnia, czasem słońce. Wtedy nauczycielka wyłączała lampy.

Tymczasem wchodząc do korytarza Tymek odnotował, że nie jest szczególnie jasno. Awaria jakaś, czy co? Żarówki, co prawda, świeciły, ale dawały światło mocno przytłumione, jakby nie działały z pełną mocą.

Kolejna dziwna rzecz, jaką zauważył: wszystkie dzieciaki mijane na korytarzach zdawały się zupełnie nie zauważać panującego półmroku. A na samym dole – w piwnicy, gdzie znajdowała się szatnia i u sufitu wisiała tylko jedna smętna żarówka w przykurzonej oprawie – było to już mocno podejrzane. Kiedy Tymek zobaczył tam dziewczyny przepisujące zeszyty jak gdyby nigdy nic, pewien był, że to on ma problem ze wzrokiem. Wystraszył się, że trzeba będzie zadzwonić po rodziców, a potem udać się do lekarza.

„Awaria jakaś, czy co? Żarówki, co prawda, świeciły, ale dawały światło mocno przytłumione, jakby nie działały z pełną mocą.”

Na szczęście w tym momencie poczuł mocne klepnięcie w plecy:

–  Siemano kolano, Stary! – to Wojtek, jego kolega. Codziennie witał się z nim jakimś zabawnym hasłem. – Co to za mina? Wszystko okej?

–  Wszystko w porzo, ale powiedz mi: nie wydaje ci się, że jest tutaj trochę ciemno? Mam wrażenie, że światła świecą inaczej niż zwykle – spytał go Tymek.

–  E nie, moim zdaniem jest całkiem normalnie – odparł tamten.

–  Ja też widzę wszystko dobrze – to Miłek, drugi kumpel właśnie do nich dołączył.

–  Tymon, czas na okulistę! – dorzuciła, śmiejąc się, Łucja. – Nie martw się, tam nie gryzą, jest nawet ciekawie. Zadzwonił dzwonek. Tymek nie był pewien, czy to przez panującą w szatni wrzawę, ale jego brzmienie też wydawało mu się dość zduszone – zdecydowanie cichsze niż zwykle. Z reguły ich szkolny dzwonek darł się tak, że stanąwszy przypadkiem za blisko, można było na jego dźwięk wyskoczyć z trampek. A dziś odezwał się w jakiś taki podejrzanie zrównoważony sposób. Tymon nie zdążył o to spytać ziomków – gnali już do klasy.

Pierwsze mieli zajęcia z wychowawczynią. Matma na początek, tabliczka mnożenia. W trzeciej klasie zrobiło się już całkiem poważnie jeśli chodzi o naukę. Tymek walczył z koncentracją, ale wciąż ukradkiem przyglądał się żarówkom.

– Co ty dzisiaj, Tymek, tak o niebieskich migdałach myślisz? Tam na suficie nie znajdziesz rozwiązania zadania – zażartowała pani Michalina.
Klasa gruchnęła śmiechem. A jemu zrobiło się trochę niewyraźnie i spuścił nos do zeszytu.

Po kilkudziesięciu minutach matematycznych potyczek zadzwonił upragniony dzwonek na przerwę. I tym razem Tymek z całą pewnością się nie przesłyszał: dźwięk brzmiał o połowę ciszej.

–  Pani Michalino, ktoś ściszył dzwonek? – spytał, wychodząc z klasy.

–  Nie, przecież dzwoni jak zwykle. Gorzej słyszysz, Tymku? – zatroskała się nauczycielka.

–  Nie, nie, chyba mi się zdawało – wykręcił się prędko. – O, proszę pani, Hania doszła – rzucił do nauczycielki jeszcze przez drzwi, widząc pędzącą korytarzem przyjaciółkę. Ta prawie na niego wpadła, rozpędzona.

–  Tymooooooooooon!! Zaspałam! Co było na matmie? I dlaczego wszędzie jest tak ciemno? – wyrzuciła jednym tchem Hania.

–  Ty też widzisz, że światło świeci inaczej niż zawsze? – ucieszył się Tymon.

–  No raczej! A co powiedzieli? Że co to jest? Awaria? – Hania wciąż usiłowała złapać oddech.

–  Nic nie powiedzieli. Wygląda na to, że nikt nic nie zauważa.

–  Jak to? A dzwonek? Jak dobiegałam do budynku, to przeszło mi przez myśl, że ktoś go opakował solidną warstwą gąbki wyciszającej. Wreszcie! Nienawidzę tego dźwięku – Hania aż się wzdrygnęła.

–  Tu się dzieje coś dziwnego… – Tymek w zamyśleniu przyjrzał się dzieciakom jak zwykle biegającym po korytarzu.

–  Daj mi zeszyt z matmy, przepiszę sobie szybko lekcję – poprosiła go Hania.

–  Masz, ale chodźmy na klatkę schodową, tam koło okna będziesz lepiej widziała. Ulokowali się na parapecie na półpiętrze i Tymek dyktował przyjaciółce zadania z lekcji, kiedy przerwały im podniesione głosy dobiegające z korytarza u góry. Już po kilku zdaniach Tymek i Hania pojęli, że działo się tam coś niedobrego.

–  I co, Bambiku? Dzisiaj też masz te swoje śmieszne papućki? – usłyszeli głos jakiegoś starszego chłopaka.

–  Patrzcie, on na serio w kapciach chodzi po szkole! Mama ci nie kupiła normalnych butów? – odezwał się drugi głos, po czym więcej dzieciaków ryknęło nieprzyjemnym śmiechem.
Tymek wszedł cicho na piętro i wyjrzał zza rogu. Zobaczył grupę chłopaków z 6A otaczających jego kolegę z klasy, Kacpra. Jeden z nich trzymał go za plecak, a drugi poszturchiwał. Kacper wyglądał, jakby walczył z płaczem.

–  Dobra, zostawiamy go, zaraz się tu rozbeczy. Bambiki tak mają. Ale to se wezmę na pamiątkę – najwyższy z chłopaków zabrał Kacprowi kolekcjonerską kartę z piłkarzem. Jedną z lepszych.
Tymek szybko się wycofał.

–  Wiejemy Hanka – rzucił do przyjaciółki i oboje pobiegli w stronę klasy.
Dzwonek ledwo dało się usłyszeć.
Kuba w trakcie kolejnej lekcji wyglądał jak cień samego siebie. Był bledszy niż strony jego zeszytu, w którym tylko udawał, że pisze. Poza Tymkiem i Hanią nikt tego nie zauważał. Nauczycielka prowadziła lekcję przyrody mocno zaangażowana w życie leśnych wiewiórek. Albo dzików. Tymek w sumie nie wiedział, gdyż rozmyślał cały czas o sytuacji na przerwie. “Musimy z nim pogadać” – napisał na małej karteczce i posłał przez kolegów do Hanki Ta skinęła mu tylko z przedostatniej ławki. Na kolejnej pauzie podeszli do smętnie siedzącego w kącie Kacpra.

–  Stary, co tamte starszaki od ciebie chciały? – spytał go Tymek. Oczy chłopaka zrobiły się okrągłe jak spodki:

–  Jakie starszaki? Coś wam się pomyliło.

–  Byliśmy tam. Słyszeliśmy wszystko i widzieliśmy, jak się zachowują. Martwimy się o ciebie – odparła Hania. – Musisz to zgłosić pani Michalinie.

–  Nic nie będę zgłaszał! – Kacper zerwał się na równe nogi. – Nic się nie dzieje, mówię wam! To moje sprawy! Zostawcie mnie!
Odsunął się od nich.
Tymek poczuł ścisk w gardle. I smutną bezradność. Jak mu pomóc? Pan Jan, nauczyciel informatyki wpuścił ich do klasy i rozdał kartki z zadaniem do wykonania.

– Muszę na chwilę wyjść – powiedział do uczniów, jeszcze zanim wszyscy dobrze usiedli. – Odpalcie komputery i zacznijcie. Będę za trzy minuty i pomogę tym, którzy nie będą sobie radzili.
Tymek był świetny z informatyki. Programował już pierwsze gry. Kiedy przeczytał zadanie – uśmiechnął się pod nosem. Łatwizna!
Ale nie obyło się bez komplikacji. Najpierw jego myszka nie współpracowała. A kiedy podpiął inną – nagle zgasł jego monitor. Nie był w stanie wykonać polecenia. Kątem oka zobaczył, że Hania też walczy ze swoim kompem na próżno:

– Klawiatura mi nie działa. Nie rozumiem – jest normalnie podłączona. Nie umiem się nawet zalogować.
Spojrzeli na Kacpra. Ten zrezygnowany też pokręcił głową sprzed czarnego ekranu.

Po chwili nauczyciel wrócił do klasy. Z chwilą, kiedy przestąpił próg, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystkie monitory się uruchomiły. Klawiatura Hani także.

Na przerwie Tymek z Hanią ponownie postanowili spróbować porozmawiać z Kacprem. Widząc, jak się zbliżają, od razu do nich wypalił:

–  Nie mogę nic powiedzieć nikomu i was też proszę, żebyście nie mówili o tym, co widzieliście. Na widok ich pytających spojrzeń, dodał:

–  Powiedzieli, że jak komuś poskarżę, to mi zabiorą album z kartami piłkarzy, plecak wyrzucą przez okno, a do domu będę wracał boso. Nie wiem, o co im chodzi z tymi moimi butami – dodał smutno.

„Nie mogę nic powiedzieć nikomu i was też proszę, żebyście nie mówili o tym, co widzieliście.”

Rozdział II

Kolejnego dnia sytuacja ze światłem nie uległa poprawie, ale tak właściwie, to ten półmrok idealnie pasował do jesiennego nastroju Tymka. Miał dziś problem ze wstaniem i ogarnięciem się przed szkołą. Nic mu się nie chciało. Odczuwał znużenie i przygnębienie. Bardzo martwił się o Kacpra i nie przestawał się zastanawiać, co on w tej sytuacji powinien zrobić dla kolegi. Sam też się obawiał tego, do czego gotowe są posunąć się starszaki, szczególnie ci chłopcy z 6A. Kiedy wszedł do klasy, wszyscy byli już na miejscach. Najwyraźniej było już po dzwonku, a on tym razem już zupełnie go nie słyszał. W sali panował hałas i rozgardiasz. Pani Michalina krążyła nerwowo od tablicy do laptopa na biurku.

–  Dzisiaj więcej rzeczy nie działa – uświadomiła Tymkowi Hania. – A w ogóle to ja pani Michalinie już powiedziałam. To znaczy – próbowałam.

–  Co jej powiedziałaś?

– No w sumie jeszcze niewiele. Podeszłam do niej przed chwilą i powiedziałam, że mam ważną sprawę, a ona na to: “Hanno, później, już był dzwonek, przyjdź po lekcji.” I wtedy wydarzyło się to – awaria tablicy interaktywnej. Zgasła znienacka. Jeszcze sekundę wcześniej wyświetlała przygotowany dzisiejszy temat.

Pani Michalina wyszła z klasy po pomoc. I wtedy na końcu sali zaczęła się kotłowanina. Tymek zobaczył, jak Felek rzuca się z pięściami na Szymka. Ten darł się:

–  Nie będziesz mi rozkazywał!

–  A ty nie będziesz tu siedział! – Felek nie dawał za wygraną. – Śmierdzisz!

–  Sam śmierdzisz! Na szczęście Miłek z Wojtkiem ich rozdzielili zanim nauczycielka powróciła. Za nią do klasy weszli: pan z informatyki oraz szkolny konserwator i złota rączka w jednym – pan Mariusz. Pani Michalina, przeczuwając coś, niespokojnie omiotła wzrokiem klasę:

– Czy tu się coś przed chwilą wydarzyło?

Tablica zamigotała. Ale kiedy nikt się nie odezwał z odpowiedzią – zgasła.

Przez kilka minut bezradna nauczycielka i wybitnie zaciekawiona klasa obserwowali, jak pan Jan dziwacznie wymachiwał to ręką, to pisakiem w pobliżu tablicy, jakby chciał przywołać deszcz indiańskim tańcem. Nic się nie udało uruchomić.

–  Psssst. Ej, chłopaki! – rozległ się cichy szept z tyłu. Tymek i Miłek obrócili się jak na komendę. To Felek:

–  Nie mówcie nic pani Michalinie, okej? Ja tylko tak żartowałem, co nie, Sajmon? Szymek tymczasem nie miał zbyt ubawionej miny. I rozcierał uderzony policzek. Ale jak Hania wysłała mu liścik z zapytaniem, czy pójdzie z tym do pani, to tylko pokręcił głową. Wtedy w klasie zgasły górne światła. Tak zupełnie. I tym razem wszyscy to zauważyli. Rozległo się gromkie:

– Oooooooo…

Pan Mariusz tylko rozłożył ręce.

Na długiej przerwie w stołówce nerwowa atmosfera panowała prawie zawsze. Wiadomo: nikt nie lubi czekać w kolejce po obiad. Ale tego dnia w powietrzu wisiało coś jeszcze.

– Odsunąć się, Noobki, byłem tu pierwszy! – Janek z 4A przeszedł na początek kolejki z miną właściciela tego lokalu. – Coś wam nie pasuje?! – rzucił złowrogo do dzieciaków z 3B grzecznie ustawionych w linii.
Tymek chciał mu się czymś odgryźć. Już otworzył usta, ale wtedy poczuł kuksańca w brzuch. To Miłek:
– Weź. Nie mów nic. To jest syn nauczycielki. Nie podskoczysz mu.

Wtedy w kuchni coś strzeliło gwałtownie. Z okienka, którym podawane są obiady wydobyła się strużka dymu, a po chwili wyszła pani kucharka z nietęgą miną.

– Piec nam wysiadł. Dziś wam podamy wszystko normalnie, bo już podgrzane, ale jutro zaopatrzcie się w więcej kanapek – prawdopodobnie obiadu nie będzie. Będziemy pisać do rodziców. O, panie dyrektorze! Dobrze, że pan przyszedł, proszę zerknąć…
I zniknęli za drzwiami.

W trakcie obiadu po stołówce i kuchni bez wytchnienia krążyli poddenerwowani nauczyciele, dyrekcja, kucharki i pan Mariusz z różnymi narzędziami w ręce. Machali rękoma, wydzwaniali, trochę pokrzykiwali:

– Jak to, panie Mariuszu? Światło w toaletach, ekspres do kawy w nauczycielskim, a teraz to? I mówi pan, że nie wiadomo..?
Tymek wyczytał w menu wiszącym na drzwiach, że na środę zaplanowana była pieczeń i marchewka z groszkiem, więc nawet mocno nie żałował, że przepadnie.
Tymczasem Jankowi wylał się cały kompot i pani Ela, kucharka, odmówiła mu drugiego, mówiąc, że dolewki ma tylko dla uprzejmych uczniów. Tymek odniósł wrażenie, że w momencie, kiedy to mówiła, światła w stołówce lekko pojaśniały. Przyjrzał się lampom, ale uznał, że raczej to tylko siła jego sugestii. Tak czy siak, Janek dostał od niej najpaskudniejszą kuchenną szmatę do wycierania. Aż się skrzywił, kiedy musiał jej dotknąć. Sprawiedliwość choć na chwilę zwyciężyła.

W klasie Tymka i Hani nie wszyscy byli amatorami szkolnych obiadów. Takich dwóch, których już wkrótce mieli zdemaskować rodzice i wściec się z tego powodu porządnie, wolało ominąć stołówkę. W poprzednim miesiącu ominęli ją z dziesięć razy. Twierdzili, że żal im czasu na stanie w kolejce, a w czasie długiej przerwy woleli pokopać piłkę. Tyle, że zwykle potem, co obaj z niechęcią musieli przyznać – kiszki im marsza grały i co sił pędzili do szkolnego automatu.

Szkolny Automat z Przekąskami.

Uproszony przez Samorząd Uczniowski. Zmora nauczycieli i rodziców, bożyszcze wszystkich dzieciaków. Pełen wątpliwej jakości przysmaków w kolorowych papierkach i w stanowczo zawyżonych cenach. Aktualnie dość mocno opróżniony z zawartości przez wygłodzoną hordę.

Bruno i Wojtek, dwaj stołówkowi uciekinierzy, stali właśnie przed nim i wgapiali się w upragnioną zawartość. Przeliczyli drobne. Stać ich razem było na sok i paczkę wafelków. To już coś, podzielą się. Tyle, że nie umieli dojść do porozumienia co do tego, jaki sok i które wafelki wybrać:

–  Albo weźmiesz te czekoladowe, albo nie będziesz już moim kumplem – wycedził Wojtek.

–  Ale to ty wtedy masz wziąć sok pomarańczowy! – odciął się Bruno.

–  Nie cierpię pomarańczowego!

–  A ja czekoladowych!

–  Dawaj tę kasę!

–  Ty oddawaj! Zanim zdążyli się pobić, zza zakrętu wyszła dziewczyna z 5C – Maja, zdaje się.

–  Chłopaki, ja mam piątkę, dołożę wam do drugich wafli, dajcie swoje monety – odezwała się bardzo miłym i uspokajającym głosem. Po czym, zanim się obejrzeli: wrzuciła wszystkie pieniądze do automatu, wybrała paluszki oraz sok bananowy i zgarniając w mgnieniu oka swoje łupy, zwiała im sprzed nosa. Zostawiła ich osłupiałych, z rozdziawionymi ustami.

–  Czy ona nas właśnie okradła? – Wojtek jeszcze nie złapał kontaktu z rzeczywistością.

–  Już ja jej…! – Bruno rzucił się za dziewczyną, ale na próżno. Hall był już pusty. – Idziemy do dyrektora! – pogroził w powietrzu zaciśniętą pięścią. Na korytarzu gwałtownie rozbłysło światło.

– Stary… nie. Nie możemy. Jak moi rodzice się dowiedzą… – Wojtkowi głos się załamał.

–  Ja tego tak nie zostawię! Halo, co jest? Nikt tego nie widział?! Gdzie nauczyciel dyżurny?! Tu są kamery! – Bruno miotał się po korytarzu.

–  Nie, proszę cię. Będę miał przekichane. Już ostatnio mi powiedzieli, że jeszcze jedna pała z niemieckiego albo inny numer i mam szlaban na konsolę – Wojtek miał już łzy w oczach.
Bruno wypuścił powoli powietrze. Klapnął se na podłogę obok automatu.

–  No dobra. Ale wciąż jestem Twoim kumplem? – upewnił się.

–  Jasna sprawa. Światła ponownie przygasły. A automat wysiadł całkowicie, wydając przy tym dziwny dźwięk i błysk. Podleciały jakieś dzieciaki i zrobiła się wrzawa. Przybiegła zdyszana nauczycielka:

– Co się stało? Nie działa?! W całej szkole jakieś szaleństwo z tą elektrycznością, a teraz jeszcze to… Przecież się nie rozerwę!

Wszyscy się przekrzykiwali, uderzali w obudowę maszyny, ktoś nawet manewrował wtyczką w gniazdku. Hałas zainteresował Hanię, która właśnie napełniała bidon w poidełku ustawionym nieopodal. Podeszła do kolegów.

–  Coś widzieliście, chłopaki? Co z tym automatem? – spytała. Bruno wzruszył ramionami.

–  Myśmy się też obeszli smakiem – rzucił Wojtek.
Żaden nie puścił pary z ust o tym, jak obrabowała ich Maja. Trochę też ze wstydu, że dali się tak łatwo oszukać.

„Żaden nie puścił pary z ust o tym, jak obrabowała ich Maja. Trochę też ze wstydu, że dali się tak łatwo oszukać.”

Rozdział III

Hania z Tymkiem nie spieszyli się do domów. Mieli swój ulubiony zakamarek w szatni na dole, w którym lubili się zaszyć na chwilę po lekcjach i pogadać. A tym razem zdecydowanie było o czym. Na samym końcu, za szafkami klas czwartych i piątych ktoś wcisnął w kąt pod ścianą dodatkową ławkę. Zaraz obok wejść do różnych dziwnych pomieszczeń – co najmniej trzech magazynków mebli, kotłowni, serwerowni i jeszcze innych “owni” oraz kilku innych tajemniczych drzwi. Dzieciaki, które od małego były straszone przez rodziców potworami i zjawami, omijały ten rejon szerokim łukiem, opowiadając sobie niestworzone historie o duchu górnika, który się tu, w tym niedoświetlonym kącie pojawia. O hałasach, żarówkach, które same się zapalały, tajemniczym stukaniu. Ale nasza dwójka nie zważała na te bajania i zadowoleni byli, że mają własne małe schowanko. Spokój i kawałek swojego świata. Legendy tymczasem nie wzięły się tak zupełnie z niczego. Szkoła Tymka i Hani, wybudowana już ze trzydzieści lat temu, stanęła na miejscu dawnej kopalni węgla kamiennego. Kiedyś w tym miejscu, głęboko pod ziemią, znajdowały się chodniki, w których fedrowano, czyli wydobywano węgiel. Na powierzchni zaś stały rozliczne kopalniane budynki. Ale potem wydobycie zatrzymano i grubę – jak tu, na Śląsku mówi się na kopalnię, zlikwidowano. Szyby i podziemne chodniki zasypano, zalano, zabezpieczono. Budynki w większości wyburzono, a w ich miejsce postawiono piękną i jak na tamten czas – bardzo nowoczesną szkołę. Działo się to mniej więcej w latach, kiedy rodzice Hani byli jeszcze mali. Kiedy podrośli, chodzili już po prostu do Budy na Grubie, czyli Szkoły nad Kopalnią – jak wszyscy nazywali Szkołę Podstawową nr 8 przy ulicy Sztygarskiej.

I tak, z dawnej gruby zostały już tylko nazwy, a także pamięć najstarszych mieszkańców okolicy. Niektórzy z nich mówią, że górotwór także jeszcze pamięta. I faktycznie, czasem tu, w okolicy, pod ziemią coś jeszcze drgnie – niczym drzemiący człowiek, któremu się przyśni sen pełen wspomnień.

Na powierzchni, na terenie Śląska od czasu do czasu odczuwa się takie podziemne tąpnięcia. Takie króciutkie mikro – trzęsienia ziemi.

Tymek urodził się na Śląsku, ale nie pochodził z górniczej rodziny, dlatego nie był zorientowany zbyt dobrze we wszystkich faktach, obyczajach i legendach. Jasne, o Skarbku słyszał, jak każdy. Natomiast powtarzana przez uczniów historia o tym, że to zjawa Ostatniego Sztygara wychodzi z zakamarków szatni i dogląda szkoły po zmierzchu, raczej go śmieszyła niż przerażała. Szczególnie, że kiedyś miał już okazję zajrzeć do piwnicznych magazynków – kiedy z panem z wuefu odnosił świąteczne dekoracje. Stały tam regały pełne klamotów, pudeł, narzędzi i uszkodzonych sprzętów w ilości tylko odrobinę przewyższającej zbiór podobnych przydasiów u jego dziadka, Mariana.

Słowem – nic niezwykłego tam nie było i też nic dziwnego nie powinno się dziać w Szkole nad Kopalnią.

Tylko, że… coś jednak się działo, prawda?

Hania z Tymkiem jak zwykle usiedli na ukrytej ławce i odpakowali swoje nie napoczęte dotychczas śniadaniówki. Jedną z rzeczy, która łączyła tych dwoje, był identyczny domowy problem: mamy denerwujące się o kanapki wracające w dokładnie takim stanie, w jakim wyszły z domu.

A przecież na przerwach zawsze działo się tyle, że komu by się chciało jeść. Po lekcjach więc nadrabiali – i posiłek, i rozmowy.

–  Ja myślę, że to jednak awaria – dziewczyna, przeżuwając kromkę, walczyła z czkawką.

–  Ale pomyśl – te rzeczy psują się nie wszystkie na raz, tylko niektóre. Do tego przecież nawet nie całkowicie. Jak te monitory, czy klawiatura – Tymek nie był przekonany.

–  Fakt. To może głupie, ale mam wrażenie, że to ma jakiś sens….hyp! – Hani jednak nie udało się zdusić czkawki w zarodku. Tymek uniósł brew.

–  Może tu jednak dzieje się coś tajemniczego? – zastanowił się.

–  Jasne, to ten… hyp! Duch górnika na pewno. Ostatni Sztygar! Tymon, myśl logicznie, chłopie. Chłopak przewrócił oczami:

–  Nie to miałem na myśli. Raczej to, że te awarie zawsze dzieją się po jakiejś krzywej akcji. Hania zatrzymała kromkę w pół drogi do ust.

–  No to… hyp! Zastanówmy się: w jakich dokładnie momentach coś się psuło? Hyp?

–  Światło i dzwonek były słabe już w poniedziałek od rana. A potem… cyrk z komputerami był po tej przerwie, na której rozmawialiśmy z Kacprem – Tymek myślał na głos.

–  Hyp! Na drugi dzień tablica wysiadła chwilę po tym, jak pani Michalina mnie odprawiła. A światło zgasło całkiem, kiedy Felek pobił Sajmona. Awaria w kuchni była… hyp! W sekundę po scenie, jaką zrobił na stołówce ten… hyp! Zadymiacz z 4A.

–  Jeszcze był ten automat! Chłopaki mi wyznali, jak ich zrobiła w konia niejaka Maja – przypomniał sobie Tymon.

–  Hyp? – spytała Hania.

–  Okradła ich jakaś dziewczyna i zaraz po tym popsuł się automat. Do tej pory go nie naprawili.

–  Przecież byłam tam zaraz obok! Hyp! A ci dwaj nic mi nawet nie pisnęli! I rozumiem, że nikomu innemu o tym nie powiedzieli?! – dziewczyna pokręciła głową z politowaniem.

–  Myślisz, że coś łączy wszystkie te wydarzenia? – Tymek się zastanowił.

–  Bo ja wiem? Hyp! Dzień jak co dzień w Szkole nad Kopalnią. Oboje się zaśmiali.

–  Mi tam nie jest do śmiechu – znienacka zabrzmiał dobiegający z mroku głos. Oboje aż podskoczyli i upuścili śniadaniówki na podłogę. Usłyszeli metaliczny szczęk kluczy.
Tymek poczuł, jak mu włosy dęba stają.
Zza rzędu szafek wynurzyła się ogromna sylwetka.

Pan Mariusz.

–  Czkawka mi przeszła! – uśmiechnęła się Hania z wyraźną ulgą na jego widok. Pan Mariusz oparł się o szafki i westchnął:

–  Słyszałem, że zajmują was te wszystkie panujące w szkole usterki, co?

–  Tak, nawet bardzo! Co pan o tym wszystkim myśli? Może pan to jakoś naprawić? – spytała dziewczyna.

–  W końcu pan niejedno już tu widział – dodał Tymek. Konserwator się uśmiechnął. Po chwili zaś jednak spoważniał na twarzy.

–  Żebyś wiedział. Ale tyle awarii naraz widziałem tutaj tylko jeden raz w życiu. I to nie w szkole.

–  Jak to: nie w szkole? – zdziwiła się Hania.

–  W szkole to ja sobie teraz dorabiam do emerytury. A kiedyś.. – pan Mariusz na wspomnienie aż pojaśniał na twarzy. – Kiedyś, to jo tu żech robił na grubie – skończył po śląsku.

–  Zanim zlikwidowali kopalnię, to pan w niej pracował? – zaciekawił się Tymek.

–  Tak, sztygarem tutaj byłem, nadzorowałem brygadę. Ale szybko się okazało, że grubę zamykają. Pracowałem potem wiele lat w Zabrzu, ale wiadomo: na starość ciągnie bliżej domu.

–  Czyli.. Ostatni Sztygar to pan?! – Hania aż podskoczyła z wrażenia.

–  Ha! Czyli te bajki mają sens! – zauważył uradowany Tymek.

–  Jakie bajki? – pan Mariusz nie do końca łapał.

–  Przecież w tej szkole od zawsze straszy się pierwszoklasistów, że w szatni grasuje duch Ostatniego Sztygara! Wszyscy naraz wybuchnęli śmiechem. I śmiali się z tego ładną chwilę. Konserwator aż się złapał za brzuch i ocierał płynące po policzkach łzy rozbawienia. W końcu wydusił:

–  No to faktycznie muszę to być ja! Pasuje! Szkoda, że nie wiedziałem tego przed Halloween. Przygotowałbym się bardziej do roli zjawy.
Po chwili Hani przypomniało się jednak, że wciąż mają problem:

–  Panie Mariuszu, no to o co chodzi z tym, że nic nie działa jak należy?
Konserwator przysiadł obok nich na ławce i chwilę się zastanawiał. Tak, jakby doskonale wiedział, co chce im powiedzieć, tylko nie bardzo wiedział – jak ma to zrobić. Tymczasem w ciszy wpatrywało się w niego czworo bystrych oczu. Potarł czoło i zaczął mówić nieśpiesznie:

–  Widzicie… w kopalni, jak się fedruje, wszystko jest jakby… jednym. Wszystkie elementy są ze sobą połączone. Grubiorze, czyli górnicy, ich sztygar, maszyny. Prąd, światło, luft, znaczy powietrze w wentylacji – to musi ze sobą idealnie współgrać. Wtedy jest bezpiecznie i robota idzie. A jak zaczynają się jakieś nieporozumienia, przykrości i jeszcze do tego nikt nic nie mówi…

–  To co wtedy? – spytał Tymek.
Pan Mariusz rozejrzał się wkoło, jakby chciał sprawdzić, czy nikt ich nie podsłuchuje. Ale ciągnął dalej:

–  U nas na dole była taka chłopska mądrość: „Jak ludzie zamykają gęby, to gruba je za nich otwiera.” Jak coś nie grało między ludźmi – jak była jakaś niesprawiedliwość, konflikt, ktoś coś przemilczał – to kopalnia jakby to czuła.

–  Ale: jak?! – spytała Hania z niedowierzaniem.

–  Nie twierdzę, że to jakaś magia, czy czary… może po prostu to całe napięcie między górnikami unosiło się i udzielało wszystkim i wszystkiemu wokół. Fakty są takie, że wtedy zawsze coś się psuło. Maszyny stawały, kable się przerywały, coś się przegrzało, coś zatkało, czegoś zabrakło. Trudno mi powiedzieć, czy to z naszej nieuwagi, czy też, jak to mówią: z czystej złośliwości rzeczy. Wyglądało to tak, jakby to kopalnia reagowała na to, co się dzieje między nami w brygadzie.

–  O rany. I czy pan myśli, że to samo się dzieje teraz w szkole? – Tymon aż się poderwał z ławki. Konserwator się uśmiechnął. Błysk w jego oku mówił wszystko.

–  To jak to naprawić? Potrafi pan? – Z nadzieją w głosie spytał Tymek.

–  Ja nie. Ale wy – tak. Pan Mariusz nagle przerwał – jakby powiedział o jedno zdanie za dużo. Zerwał się na równe nogi:

– Dość już wam nagadałem. Która to godzina? Pora na mnie. I zniknął tak samo nagle jak się pojawił.

„Jak coś nie grało między ludźmi – jak była jakaś niesprawiedliwość, konflikt, ktoś coś przemilczał – to kopalnia jakby to czuła.”

Rozdział IV

W środę marchewka z groszkiem faktycznie ominęła uczniów Szkoły nad Kopalnią. Za to samej szkoły wyraźnie nie ominęły kolejne problemy. Tymek z Hanką postanowili spisać wszystkie swoje wcześniejsze spostrzeżenia. A w tej chwili, siedząc pod klasą, skrupulatnie zapisywali w swoich zeszytach wszystkie całkiem świeżutkie, dzisiejsze usterki:

–  Awaria drukarki w sekretariacie – wciągnięty papier, zacięte drzwiczki, rozsypany toner. A to wszystko z powodu chłopaka z 7C, który chciał o czymś porozmawiać, a potem zmienił zdanie i wyszedł.

–  Brak zasięgu w telefonie pani Michaliny, akurat wtedy, kiedy trzeba było wezwać na rozmowę rodziców pewnego ancymona dokuczającego koleżankom z 3B. Dziewczyny nie bardzo chciały się przyznać, co zaszło.

–  Całkowity już brak świateł w klasach: 1A, 4A i 4C, 6B i 8B, na dwóch korytarzach i w czterech szatniach.

–  Popsuty dozownik mydła w toalecie na pierwszym piętrze. Ale w tym wypadku nie wiadomo, czy to od masowego umywania się od odpowiedzialności, czy tak po prostu. Słowem, nazbierało się tego sporo. I Tymek z Hanią wiedzieli już, że to nie wina prądu. To szkoła chciała wszystkim coś powiedzieć. Na trzeciej lekcji dyrekcja zaplanowała apel na sali gimnastycznej w sprawie panujących awarii i dalszej organizacji zajęć. Większość dzieciaków cieszyła się na myśl, że ogłoszą dni wolne od szkoły.

–  Musimy coś z tym zrobić – westchnął Tymek.
Siedział na podłodze pod klasą i mimowolnie obgryzał końcówkę długopisu.

–  Ale co? Co miał na myśli pan Mariusz? – dziewczyna krążyła wokół niego. – A w ogóle to jednej rzeczy jeszcze nie rozumiem.

–  Hm? – Tymon zamyślony patrzył w ścianę.

–  Mamy rozpisane wszystkie awarie od początku tygodnia wraz ze wszystkimi wydarzeniami je poprzedzającymi. I to nawet się klei: seria kłótni, awantur, dokuczania i innych złych zachowań. Wszystkie przemilczane, zamiecione pod dywan, nie rozwiązane, zignorowane… Ale jedna awaria zaczęła się bez przyczyny – Hania się zatrzymała. – No bo co spowodowało ściemnione światło i ściszone dzwonki już z samego rana w poniedziałek? Przecież lekcje dopiero się zaczynały.

Wtedy Tymek spojrzał na nią, jakby widział ja pierwszy raz w życiu. Wyglądał, jakby coś właśnie do niego dotarło. Otworzył usta, ale nie umiał wydusić z siebie słowa.

–  No? – Poganiała go Hania.

–  To… ja.

–  Jak to?

–  To moja własna zatkana gęba to sprawiła – wyrzucił z siebie. – W piątek pod koniec lekcji zniknął mi stosik kart z piłkarzami. Nowe zdobycze, wymienione z Miłkiem i Felkiem. W domu to odkryłem. Przetrzepałem plecak i worek, ale dobrze wiem, gdzie je włożyłem: do bocznej kieszeni plecaka. I stamtąd po prostu wyparowały. W poniedziałek zobaczyłem je ponownie. Na ławce przed szkołą siedział Adam. Miał na kolanach album i porozkładane karty. Dokładnie takie, jak moje…

–  I nic z tym nie zrobiłeś?!

–  Nic. Rozwrzeszczał się dzwonek. Tymek i Hania aż podskoczyli. Nie zwrócili uwagi, że siedzą akurat pod nim. Poza tym..przecież przed chwilą jeszcze nie działał!

– Trzecia lekcja! Pędzimy na apel! Mamy coś ważnego do załatwienia! – Tymek zerwał się jak oparzony i rzucił w dół schodów.

Sala gimnastyczna była pełna. Panował gwar i chaos.

Pan Jan walczył z przewodami i mikrofonem, który nie chciał z siebie wydać dźwięku. Tym razem nauczyciel wyglądał, jakby tańczył bardziej coś w rodzaju maoryskiego tańca Haka, ale ponownie wszystko nadaremnie. Obok stała bezradna dyrekcja. Wszyscy nerwowo się kręcili i przewracali oczami. Światła praktycznie nie było. Pani Michalina usiłowała cokolwiek włączyć i już dobre kilka minut manewrowała pstryczkami przy wejściu – efekt: co by nie przycisnęła, to uparcie zapalała się tylko jedna, jedyna lampa na samym końcu sali.

Tymek nie był tak do końca pewny, co powinien zrobić. Czuł, że ma spocone ręce i coś ściska go za gardło, ale wtedy spojrzał na Kacpra i Hanię. Spoglądali na niego z nadzieją w oczach.

Wyszedł na środek sali i podszedł do grona stojących na środku dorosłych.
– Panie dyrektorze, Tymon z 3B – przedstawił się. – Chciałbym coś powiedzieć wszystkim w sprawie tej awarii. Czy mogę? – zapytał. Sam poczuł się zaskoczony tym, jak spokojnie i pewnie zabrzmiał jego głos.
Dyrektor chyba również był pod wrażeniem. Skinął głową i dłonią wskazał Tymkowi miejsce przed stojącym statywem z mikrofonem. Dodał jedynie: – Nie wiem tylko, jak ich przekrzyczysz. Tu też awaria.

Tymek spojrzał w górę. Na suficie, dokładnie nad nim lekko zamigotała zgaszona dotychczas żarówka.

Odchrząknął.
– Chciałbym coś powiedzieć – rzucił w stronę statywu, pewien, że nikt go w tej wrzawie nie usłyszy.

Tymczasem jego donośny głos odbił się od ścian, wzmocniony nagle i niespodziewanie działającym znów mikrofonem. Wszyscy aż podskoczyli na swoich miejscach, a pan Jan rzucił się do pokrętła z głośnością.

Zrobiło się cicho jak w kościele.

Na Tymka patrzyło jakieś dwieście par oczu.

–  Sie… siemano kolano… – zawiesił głos, niepewny, co ma dalej powiedzieć, ale wtedy Hania, Kacper, Wojtek, Miłosz i Bruno zerwali się i doskoczyli obok niego. Stanęli za nim, dodając mu otuchy.
Pani Michalina, widząc swoich uczniów na środku, nieco pobladła.

–  Ja i Hania poznaliśmy ostatnio prawdziwą historię Ostatniego Sztygara – jeszcze raz zaczął Tymek. Kątem oka w drzwiach sali zauważył pana Mariusza, który uśmiechał się od ucha do ucha. Po sali przeszedł szmer.

–  Z pierwszej ręki, można powiedzieć. Usłyszeliśmy opowieść o tym, jak w kopalni na miejscu naszej szkoły wyglądała kiedyś robota górników. Praca zespołowa w brygadzie Ostatniego Sztygara. Okazuje się, że kiedy między ludźmi zaczynało się dziać źle, to i na kopalni były ciągłe awarie. Bo… jak ludzie zamykają gęby, to gruba otwiera je za nich. I ja myślę… my myślimy… – Tymek nerwowo podciągnął rękawy bluzy i spojrzał na Hanię.

–  Myślimy, że to samo dzieje się teraz u nas – dokończyła za niego. – Od paru dni wszystko się tu psuje. Ale w tym nie chodzi wcale o prąd. Psują się różne sprawy między nami. I wszyscy to czują i widzą, tylko… nikt nic nie mówi. Dlatego można powiedzieć, że to szkoła trochę mówi za nas.
Kilkoro nauczycieli wymieniło spojrzenia. Skrzypnęły ławki. Na sali ktoś prychnał, ale zaraz ktoś inny uciszył go sykiem. Dyrektor nerwowo kręcił stopą. Wszyscy słuchali dalej.

–  Zdarza się u nas dokuczanie, są kradzieże i bójki, przepychanki – dziewczyna mówiła dalej, wodząc wzrokiem po widowni. – Nie idzie tu o to, żeby wskazywać palcem i mścić się albo karać. Tylko o to, żeby wyjaśniać, naprawiać, dogadywać się…

–  Jak w kopalni: idzie o bezpieczeństwo ekipy i sprawne współdziałanie – wtrącił Bruno.

–  No właśnie – potwierdził Tymek. – Każdemu z nas czasami odpala. Ale zawsze można jakoś naprawić sytuację. Tyle, że trzeba rozmawiać. Mówić. Otworzyć tę gębę. Ja sam nie powiedziałem nikomu, że straciłem karty z piłkarzami – powiedział Tymek i wtedy migocząca nad nim lampa zaświeciła pełnym światłem.

–  A my… znaczy ja… wstydziłem się przyznać, że nas okradziono przy automacie – przyznał Wojtek.
Kolejna lampa zabłysła.

–  Nikt nie chciał kablować nauczycielom, co zaszło w stołówce – dodała Hania. Kilka lamp nad widownią.

–  A ja … nie wiedziałem nawet do kogo mam pójść… – powiedział cicho Kacper. Po chwili dodał mocniejszym głosem:

–  Chciałbym, żeby nikt nie musiał się bać mówić. Ja dostałem od was wsparcie – kiwnął głową w stronę Hani i Tymka. Myślę, że są tutaj też inni, którym by się przydało. Włączyły się prawie wszystkie światła. Przez widownię przeszedł pomruk:

–  Czaaaaaryyyyy…
Wtedy do mikrofonu podszedł dyrektor:

–  Macie rację. A my, nauczyciele, musimy was, uczniów, przeprosić. Byliśmy wszyscy tak zaaferowani tymi awariami, że nie zwróciliśmy uwagi na przyczyny wszystkiego. Jeśli mieliście wrażenie, że nie bardzo macie do kogo przyjść po pomoc… to wygląda na to, że to nie było tylko wrażenie. I to jest coś, co teraz musimy naprawić my – dorośli. Teraz widzę, jak trudno było wam też o tę pomoc prosić. Dlatego cieszę się, że dzisiaj hmm… otworzyliście gęby – mrugnął okiem, a cała sala się roześmiała. Czuć było ulgę w tym śmiechu. Z sali zgłosiła się dziewczyna, której dyrektor udzielił głosu:

–  Łucja z 3B – przedstawiła się szybko. Mam taki pomysł, żeby stworzyć u nas, z uczniów, taką Naprawczą Brygadę. Mi by było łatwiej wygadać się koleżance, jakby mi ktoś dokuczał. Albo z nią w ogóle iść porozmawiać do kogoś dorosłego.

–  Dokładnie! – dorzucił Miłek. Czasem ciężko odważyć się na rozmowę. Jak mam iść do pani wychowawczyni, to czuję się wtedy jak jakiś kabel… znaczy skarżypyta. Bo to często moi dobrzy koledzy coś mają na sumieniu. A gdyby tak grupowo…
Wsparła ich pani Michalina:

–  To jest niezła myśl. Wy jesteście czasem bardziej spostrzegawczy i czujni na problemy wśród siebie nawzajem. I widzicie dużo szybciej niż my, kiedy, jak to powiedział Tymon: kiedy komuś odpala. Nie chcę, żeby ktoś z was kiedykolwiek czuł się z problemem tak bardzo sam, żeby nie wiedział, do kogo ma się zgłosić. Spróbujmy z tą Brygadą.

–  Rozmawianie z dorosłymi o problemach to nie wstyd, donoszenie czy skarżenie, ale rozumiem, że pojawiają Wam się takie myśli – kontynuował dyrektor. – Dobrze to wymyśliłaś, Łucjo. Stworzymy Naprawczą Brygadę Ostatniego Sztygara, skoro ta postać was tak inspiruje – mrugnął porozumiewawczo w stronę drzwi. – Tylko ustalamy, że ta grupa uczniów to żaden patrol – nie ma nikogo ścigać ani oceniać. To ma działać tak: jeśli coś się dzieje między uczniami i nie wiecie, do kogo z tym pójść, możecie najpierw powiedzieć komuś z Brygady. Oni przyjdą z tym do nas albo pójdą z wami. Żeby nikt nie musiał radzić sobie sam. Zapaliła się ostatnia ciemna lampa – dokładnie nad nim. Ktoś z widowni rzucił:

–  Synchron idealny! Na sali rozległ się śmiech i gromkie brawa.
A po chwili zadzwonił stanowczo za głośny dzwonek. Bruno podniósł rękę i spytał:

–  A czy tego potwora możemy jednak ściszyć?

–  To akurat mogę zrobić od ręki – pan Mariusz wyszczerzył się w uśmiechu. – Wyobraźcie sobie, że ten piekielny dzwonek drażni nawet zjawę z szatni.

„Każdemu z nas czasami odpala. Ale zawsze można jakoś naprawić sytuację. Tyle, że trzeba rozmawiać.”

Rozdział V

W dniu po apelu w każdej klasie dyskutowano nad wyborem brygadzistów. W wielu z nich funkcje te połączono z rolą Przewodniczących, ale czasem wybierano dodatkowe osoby. W klasie Tymka i Hani decyzja była prosta: kto, jak nie oni? Po obiedzie spotkali się przedstawiciele wszystkich klas i pierwszą rzeczą, jaką uradzono, było to, że od tego roku Szkoła nad Kopalnią dołącza do obchodów Światowego Dnia Życzliwości, który wypadał akurat następnego dnia, w piątek dwudziestego pierwszego listopada. Synchron idealny! Tego dnia wśród wszystkich dzieciaków można było zauważyć zmienione, podniosłe nastroje. Apel nie pozostał bez odzewu. Wszystkim zależało na tym, aby utrzymać dobry kurs. Felek przeprosił Szymka. Nie zostali kolegami na życie — raczej chłodno-uprzejmymi sąsiadami z ławki obok. Ale obaj uznali, że to wystarczy.
Adam oddał Tymkowi karty i dorzucił gumkę do mazania w kształcie piłki:

– To dlatego, że… no… w ramach przeprosin – wymamrotał.
Maja z 5C odkupiła chłopakom przekąski. Wafle kokosowe i sok jabłkowy, czyli kompromis doskonały. Obaj ucieszyli się nieziemsko, gdyż od dzisiaj bieda i głód zajrzały im w oczy. Właśnie tego dnia rodzice odebrali im kieszonkowe i kazali oddać pieniądze za wszystkie opuszczone obiady. To oznaczało miesiąc bez słodyczy z automatu. Prawdziwa tragedia.

Janek z 4A zdecydował się wstąpić do Brygady Naprawczej Ostatniego Sztygara. Niemożliwe? Możliwe. Wziął na siebie dyżury porządkowe w stołówce i z zaskakującą grzecznością ustawiał w kolejce pierwszoklasistów, którzy próbowali udawać ninja.

Kacper odetchnął. Chłopaki z 6B wreszcie dały mu spokój. Przynajmniej na tydzień.
W kolejny czwartek znów dopadli go na korytarzu:

– Ej, ty – Kacper, tak? – zawołał jeden z nich.

Chłopak poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Ale wtedy usłyszał:

–  Sorry Misiu za tamto. Chyba nam się trochę nudziło.

–  Już nie będziemy. Masz tu od nas… no… zrzuciliśmy ci się na prezent – odezwał się drugi z chłopaków. Wręczyli mu sznurówki do butów. Jaskrawozielone.

–  Patrz na nasze. Tak se zawiążesz i będziesz gość – zademonstrowali mu wszyscy swoje sneakersy. – Daj, zrobię ci. No! Sigma!

–  A tu masz swoją kartę z Messim. I paczkę dodatkowych.

–  Jeszcze raz: sorry – rzucili i zniknęli za rogiem. Kiedy nastał grudzień Szkoła nad Kopalnią zabłysła nie tylko światłami lamp, ale i tysiącami światełek choinkowych. Ostatni Sztygar rozwieszał je na wszystkich korytarzach przez dobrych kilka dni.

– Teraz będę tu robił za Ducha Świąt – zaśmiał się do siebie.

„Kiedy nastał grudzień Szkoła nad Kopalnią zabłysła nie tylko światłami lamp, ale i tysiącami światełek choinkowych.”

Niektóre historie kończą się tylko po to, żeby zrobić miejsce następnej.

Podoba Ci się ta opowieść?

Pomóż mi tworzyć kolejne historie

Jeśli chcesz, możesz zostawić ślad swojego wsparcia. Dzięki temu ten świat może rosnąć spokojniej.

Wesprzyj projekt

Zostań dłużej

Nowe opowieści prosto do Ciebie

Zapisz się do newslettera i otrzymuj nowe teksty, podcasty oraz twórcze inspiracje.

Może spodoba Ci się również

Zobacz więcej opowieści →

Jak ukryć jednorożca?

Wiki marzy o prawdziwym jednorożcu — takim, którego da się pogłaskać, nakarmić i…

Bajki z szuflady
Wróć do opowieści dla dzieci

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry