Jak ukryć jednorożca?

Wspierające bajki 6-9 lat Bajki z szuflady

Jak ukryć jednorożca?

Wiki marzy o prawdziwym jednorożcu — takim, którego da się pogłaskać, nakarmić i zatrzymać na zawsze. Kiedy jej marzenie zaczyna się spełniać, dziewczynka odkrywa, że magia nie zawsze działa tak, jak byśmy chcieli. To ciepła opowieść o przywiązaniu, pożegnaniu i o tym, że czasem kochać znaczy pozwolić odejść.

Posłuchaj tej opowieści Przejdź do zabaw twórczych

Rozdział I

W pewnej wsi, nie tak daleko od Ciebie, mieszkała sobie sześcioletnia Wiki, która uwielbiała jednorożce. Rezolutna, dowcipna i obdarzona wyjątkowo donośnym głosem, była w całości osóbką niezmiernie charakterną. Mieniła się ekspertką od wszelkich spraw związanych z jednorożcami, prowadziła bowiem bardzo rzetelne badania naukowe na temat tego unikatowego gatunku. Mówi się, że jednorożec to stworzenie z legend i baśni, ale nasza Wiki święcie jest przekonana, że całkiem spora populacja tego gatunku żyje na terenie Szkocji, stąd przecież to szlachetne zwierzę znalazło się w jej herbie. Ma także solidne podejrzenia, że i na terenie Polski można się z jednorożcami spotkać – w przeciwnym razie jak wytłumaczyć istnienie wsi Jednorożec w samym centrum naszego kraju? Nie wierzycie? Sprawdźcie na mapie! Czujnego nosa naukowczyni i badaczki nie zwiedziesz – Wiki uważa, że należy spodziewać się w okolicy co najmniej jednego stada jednorożców o dumnym, polskim pochodzeniu. Mnie, jako jej mamie, pozostaje ten fakt po prostu przyjąć do wiadomości.

Ale występowanie jednorożców to nie cały zakres badań naszej córki. Na podstawie wielu iście encyklopedycznych źródeł dokumentuje ona wszelkie ich cechy i zwyczaje. Pozwolę sobie przytoczyć garść udowodnionych faktów o tych niezwykłych zwierzętach, którymi często zasypuje mnie nasza młoda adeptka nauki. Jeśli niczego nie poplątałam, to wygląda na to, że na terenie Europy bytują w lasach przedstawiciele jednej z odmian o wyjątkowym, kasztanowatym umaszczeniu. Zimą pomieszkują w mięciutkich obłokach z waty cukrowej. Schodzą na ziemię zwykle w końcu lutego, kiedy to należy ich wypatrywać w porannej mgle i w pobliżu małych oczek wodnych. Wiki podejrzewa, że to dlatego, że muszą zmyć przyklejoną do swoich zadków watę cukrową. Jednorożce żywią się ciecierzycą w puszce, choć nie jest jeszcze jasne, jak te puszki otwierają. Defekują wyłącznie tęczą o zapachu gumy balonowej, rzadziej koktajlu truskawkowego, a ich spiralnie skręcony róg z obsydianu ma magiczną moc uzdrawiania ran i chorób wszelakich. Tyle mówi nauka.

Właściwie nie ma dziecka, którego w pewnym momencie życia nie naszłaby myśl, że chciałoby mieć pod swoją opieką jakieś zwierzątko domowe. Do pewnego dnia toczyła się i u nas dyskusja na temat: królik czy pies? Jednak tego pamiętnego sobotniego poranka, w pierwszych dniach marca, zaraz po swoich piątych urodzinach Wiki oznajmiła nam:

– Wszystko już dokładnie obmyśliłam.

Przy stole siedzieliśmy we czwórkę. Oczy taty zamieniły się w znaki zapytania, Tymek głośno przełknął owsiankę, mój widelec zsunął się z talerza z delikatnym brzęknięciem.

– Mama pójdzie dziś ze mną do lasu na poszukiwania, tata pojedzie kupić zapas ciecierzycy w puszce. Tymek odda mu na legowisko swój stary kocyk w smoki. Będzie spał pod schodami. Potrzebna będzie dla niego nabrokatowana woda różana do picia w miseczce – Wiki wydała nam dyspozycje tonem głównodowodzącego misją kosmiczną.

–  Nabrokato.. co? – tata prawie się zakrztusił.

–  W życiu nie oddam tego ze smokami! To mój ulubiony!

–  Ale czego ja mam w tym lesie szukać? – tylko ja zdobyłam się na w miarę logiczne pytanie.

–  No przecież jednorożca, mamo! Pójdę z Tobą, wymyślę, jak go złapiemy i zamieszka z nami. To moje marzenie urodzinowe. Sami mówiliście, że marzenia trzeba spełniać!

Zatkało nas. Jestem prawie pewna, że chłopaki przez ten krótki moment ciszy rozważały to legowisko i zakup palety puszek z ciecierzycą. Jednak po kilku sekundach Tymek parsknął:

– Jakaś Ty niemądra, przecież jednorożce nie…

– … nie mogą spać na kocu w smoki! Znajdę inny! – szybko rzuciłam i szturchnęłam syna lekko pod stołem. Posłał mi piorunujące spojrzenie.

– Na co czekacie? Migiem do sklepu, a ja i Wiki wskakujemy w kurteczki i idziemy na poszukiwania.

„To moje marzenie urodzinowe. Sami mówiliście, że marzenia trzeba spełniać!”

Miałam nadzieję jakoś wybrnąć z sytuacji po drodze. A ciecierzycę przecież się zje. Ma długie terminy przydatności do spożycia. Chłopaki wyglądały na wyraźnie ubawionych sytuacją: sześciolatka z siatką na motyle i lornetką na szyi, ja w gumowcach i przynętą w postaci bukietu kwiatów z Dnia Kobiet. Ze zrozpaczonym spojrzeniem, dodam. Idziemy do lasu polować na jednorożca.

Szłyśmy dość szeroką ścieżką. Wiki bez przerwy opowiadała o jednorożcowych zwyczajach, szukała na ziemi śladów waty cukrowej, brokatu lub choćby gumy balonowej i kalkulowała szanse na spotkanie jakiegoś osobnika w naszej okolicy. Ta wędrówka trwała już dobre dwadzieścia minut, a ja wciąż nie miałam ułożonego planu awaryjnego na ten dramatyczny moment, w którym okaże się, że żadnego jednorożca dziś nie przyprowadzimy do domu.

Zatrzymałyśmy się na chwilę w pobliżu paśnika dla zwierząt, kiedy znienacka rozległ się głos:

– No, w ten sposób to wszystkie przepłoszycie. Za głośne jesteście!

Wiki zamilkła. Z lekkim lękiem zaczęłyśmy się rozglądać wkoło, ale nikogo nie dostrzegłyśmy.

– Tutaj, u góry! – zabrzmiało nad nami.

Na gałęzi niewielkiego dębu siedział starszy mężczyzna w odzieży kamuflującej i dość niepasującym do sytuacji kapeluszu wędkarskim, który zresztą po chwili spadł mu z głowy.

– Gajowy Kwiatkowski jestem! – przedstawił się zeskoczywszy z drzewa.

– Co pan tam robił na gałęzi? – spytała bez ogródek Wiki.

– To, co wy, czekałem aż się pojawią.

– Jednorożce?

– A jak! To już pora na nie, pogoda również dość mglista, bardzo odpowiednia. Spodziewam się, że dzisiaj zlecą się tu z obłoków. Co ma Pani taką minę? Przecież nie robię Pani w konia, he, he! Tu kawałek dalej jest mały stawik, miejsce w sam raz!

Podczas gdy ja wciąż w osłupieniu przyglądałam się gajowemu, Wiki aż klasnęła w ręce z radości, podskoczyła do niego i rozpoczęli rozmowę, z której zrozumiałam, że opracowują właśnie strategie obserwacyjne. Nim się obejrzałam, siedziałyśmy w naprędce zbudowanym szałasie z gałęzi, najwyraźniej skonstruowanym wcześniej przez pana Kwiatkowskiego. Korzystając z chwili zamieszania, wyszukałam na telefonie jego nazwisko w sieci. Wszystko się zgadzało: Prawdziwy pracownik Lasów Państwowych! Jak dobrze, że w tym zaczarowanym lesie jest przynajmniej dobry zasięg Internetu! Już chciałam wyszukiwać kolejne hasła: jednorożce w polskich lasach oraz: ciecierzyca z gwarancją najniższej ceny, kiedy zorientowałam się, że wokół nas gęstnieje mgła. Po chwili poczułyśmy drżenie ziemi i z daleka usłyszałyśmy tętent kopyt. Wiki ścisnęła mnie za rękę.

Przykro mi, ale nie jestem w stanie opowiedzieć Wam dokładnie, co wydarzyło się w kolejnych minutach. Wszystko spowite było gęstą mgłą, a do tego od drgań zawalił się nasz szałas. Kiedy zorientowałam się w sytuacji, leżałam pod jego resztkami w dość niewygodnej pozycji, za to na całkiem miękkim leśnym mchu. Nade mną zaś pochylały się trzy głowy: mojej córki, dziwaka w wędkarskiej czapce oraz… koński łeb. Przepraszam: ewidentnie był to łeb jednorożca – zawierał bowiem wystający z czoła pokaźnych rozmiarów róg. Po chwili poczułam na twarzy jego mokrawy pysk, zapach waty cukrowej i usłyszałam niepohamowany wybuch śmiechu Wiki.

Z reporterskiej rzetelności muszę dodać, że w tej sytuacji siatka na motyle okazała się zbędna. Za to mój bukiet zniknął szybciej niż chipsy w promocji.

„Spodziewam się, że dzisiaj zlecą się tu z obłoków. Co ma Pani taką minę? Przecież nie robię Pani w konia!”

Rozdział II

Nic Wam się nie stało? – głos taty w słuchawce był więcej niż zaniepokojony.

– Nie, nie, zupełnie nic, ale słuchaj… jest sprawa – zaczęłam.

– No?

– Masz tę ciecierzycę?

Zmierzałyśmy przez las w stronę wsi. Za nami, w odległości kilku metrów, jak przyklejony, podążał jednorożec. Gdy doszłyśmy do domu, mina taty mówiła wszystko.

– Przecież on pod te schody się nie zmieści! I w ogóle co to jest za pomysł?!

Tata Wiki i Tymka prawdopodobnie miał w tej chwili w sobie wszystkie te emocje, jakich ja doświadczyłam w lesie: niedowierzanie, strach, jeszcze więcej niedowierzania i jeszcze więcej strachu. A nawet lekkie obrażenie, ale jeszcze nie rozumiałam, o co. Może o to, że jednorożec w ogóle istniał, wbrew wszelkiej życiowej logice.

– Wiki, dlaczego w ogóle go wzięłyście?

– No… przecież poszłyśmy po niego, nie? I wcale nie musiałyśmy polować, sam poszedł za nami całkiem chętnie – odparła jak zawsze rezolutnie nasza córka. – Przesuń się tato – rzuciła i weszła do domu. Za nią do domu wsunął się koń. Przepraszam, jednorożec.

Stanęła na stołku i zaczęła rozczesywać mu grzywę swoją szczotką. Na środku naszego salonu. Sam jednorożec znosił to ze spokojem. My – nieco gorzej. Nasze nowe zwierzątko miało jakieś 160cm w kłębie, potężne kopyta, którymi zabrudziło nam dywan i zdążyło już swoim ponad półmetrowym rogiem zahaczyć o zwisający żyrandol. Zastanawiałam się właśnie, czy czegoś nie podścielić mu na wypadek nagłej tęczy i czy aby na pewno mamy sprawny otwieracz do puszek. Głowa rodziny w tym czasie próbował zadzwonić do pogotowia weterynaryjnego, ale najwyraźniej nie miał szczęścia. Za to więcej miał go jednorożec. Wiki właśnie przypinała mu do ogona swoje spinki z kwiatkami.

Największą przytomnością umysłu wykazał się Tymek. W trakcie, gdy my wciąż tkwiliśmy w lekkim szoku na kanapie, ten bystry ośmiolatek przygotował dla wszystkich kanapki i lemoniadę do picia, a jednorożcowi napełnił wodą całą wannę. Bez brokatu. Odnalazł też starą książkę dziadka o prowadzeniu farmy i odczytał na głos:

– Należy zapewnić słomę na podściółkę w boksie konia.

– To nie jest żaden koń!!! – Wiki aż poczerwieniała ze złości.

– Ale na pewno potrzebuje jej do legowiska, zaraz zadzwonimy do sąsiadów, tych z gospodarstwem. No i spójrzcie: ciecierzycy jednak nie je! Synu, czytaj dalej! Czymś przecież musimy go nakarmić – tata przejął dowodzenie w całej tej sytuacji.

Okazało się, że jednorożec nie gardzi marchewką, kapustą oraz jabłkami. To jedyne roślinne pożywienie, jakie znalazłam w tamtym momencie w naszej lodówce. Parówek mu nie oferowałam. Wiki była lekko zniesmaczona tą nową porcją faktów na temat swojego przyjaciela. Musiała skorygować swoją pracę naukową. Przekreśliła w notatniku rysunek puszki i jęła rysować jabłka i marchewki. Jednorożec tymczasem ulokował się w ulubionym fotelu taty. Zadem, ma się rozumieć. Przednimi kopytkami nadal stał na dywanie. Teraz to ja go głaskałam po pysku.

Miał wyjątkowo mądre spojrzenie. Naprawdę. Spoglądał na nas cierpliwie, łagodnie, spokojnie. Chociaż nasza czwórka generowała wokół niego sporo chaosu i hałasu. Kiedy podszedł do niego Tymek i powiedział mu po prostu:

– Chodź ze mną na podwórko! – jednorożec wstał i poczłapał za nim. Zobaczyłam przez okno, jak radośnie biegają po naszym trawniku.

– To chyba będzie przyjaźń – pomyślałam.

W tej chwili rozległ się dzwonek do drzwi. Na to nie byliśmy przygotowani. Spojrzeliśmy po sobie z przestrachem. Kto to może być? Czyżby ktoś już widział naszego przyjaciela? Czy nasz nowy kompan oznacza dla nas jakieś kłopoty? I czy w ogóle jest w tym kraju legalne posiadanie jednorożca?

– Co powiedział ten gajowy? – spytał tata szeptem.

– Że jednorożców nie mają w swoim inwentarzu, więc ten także nie należy do Nadleśnictwa – przypomniałam sobie. To absolutnie wolny i niezależny jednorożec, zdaje się więc, że może tu przebywać.

– Na wszelki wypadek nie chwalmy się nim. Wiki, leć na podwórko i ukryjcie się z nim w szopie!

Dzwonek ponownie zadźwięczał, a my otwarliśmy. Za progiem stała sąsiadka.

– Dzień dobry! Ja z życzeniami i małym upominkiem dla waszej małej jubilatki! Tak, tak, wiem, że to było tydzień temu, nie było mnie. Ale czy ja dobrze widziałam? Młoda dostała na urodziny kucyka? O, czuję zaparzoną kawę! Jak dobrze!

I już – już wścibska stopa naszej czujnej sąsiadki wciskała się nam do przedpokoju, a ja próbowałam wydusić z siebie cokolwiek do niej w odpowiedzi odmownej, kiedy za moimi plecami rozległo się potężne rżenie.

– Ooo… To ja może wpadnę później… – mina sąsiadki wskazywała na to, że już zorientowała się, że to nie kucyk.

Zwiała tak szybko, jak się pojawiła. Prezentu nie zostawiła. Cała nasza piątka spojrzała na siebie. Wszyscy wybuchliśmy śmiechem. Oprócz jednorożca, naturalnie. Ten skubał właśnie moją firanę. Wiki dorysowała ją w notatkach pod marchewką.

Kolejne dni mijały spokojnie. Tata z Tymkiem zbudowali dobudówkę do szopy – piękny, duży, ocieplany boks z sezonowanego drewna. Wyścielili go słomą najwyższej jakości sprowadzoną prosto z najczystszych i ekologicznych mazurskich pól. Wiki zaś zawiesiła na belce kryształowy łapacz snów. Jednorożec spędził w nim około czterech minut. Tak dokładniej ten czas spędziły w nim jego przednie kopyta, kiedy całym sobą zapierał się, aby nie wejść do środka. Musieliśmy umościć mu legowisko w domu.

Nasza ulubiona sąsiadka próbowała zeznać w lokalnej piekarni, co u nas zobaczyła, ale okazało się, że nikt jej nie uwierzył. W aptece zaś farmaceutka, po tej opowieści, zaproponowała jej melisę i coś na zdrowszy sen. Potem poszło szybko: Koło Gospodyń Wiejskich zrezygnowało z jej pomocy przy jarmarku, a listonoszka częściej zostawiała w skrzynce awizo. Wtedy sąsiadka dała sobie spokój z plotkowaniem.

My staraliśmy się postępować ostrożnie i nie chwalić się nowym lokatorem naszego domu. Nie chcieliśmy stać się lokalną sensacją. Co ja mówię: lokalną? Światową! Oczyma wyobraźni już widziałam osaczające nasz dom helikoptery i furgonetki reporterskie oraz tłumy wszelkiej maści dziennikarzy, pisarzy i twórców internetowych, a jeszcze może i polityków! Bardzo chcieliśmy sobie oszczędzić tego stresu. I przede wszystkim chcieliśmy oszczędzić go jednorożcowi. Kto wie? Może wtedy ktoś zechciałby go zabrać? Do ZOO? Do laboratorium? Najtrudniej było te obawy zrozumieć Wiki, która pewnego dnia uparła się, że chce go wziąć do przedszkola na świętowany właśnie Dzień Zabawki. Jednorożec też chciał: już tuptał do wyjścia w girlandzie z kwiatów na szyi. Niestety oboje musieli zostać. Wiki głównie z powodu zielonego gluta zwisającego jej z nosa.

We wsi na razie panował spokój i zdaje się, że nasza tajemnica chwilowo była bezpieczna. Na szczęście podejrzeń nie wzbudził też jeszcze tata kupujący już szósty dzień z rzędu solidną wiązankę kwiatów w kwiaciarni:

– Pan to musi kochać swoją żonę! – przywitała go z zachwytem pani Sylwia.
– No… Muszę – odparł zamyślony.
– Chyba coś mocno przeskrobał, biedaczek – szepnęła do siebie, dowiązując kokardkę.

A bukiety pochłaniał naturalnie nasz nowy członek rodziny. Wspaniale strzygł przy tym uszami i radośnie parskał. Czuliśmy, że mu u nas dość komfortowo. Tęczę wynosiliśmy taczkami. Do tego ostatecznie spał na kanapie w pokoju gościnnym i miał codziennie pielęgnowaną sierść, a także polerowane kopytka. Posialiśmy kwiaty łąkowe w ogrodzie, by zaoszczędzić nieco na pożywieniu dla naszego milusińskiego. Zastanawiało nas w tym wszystkim tylko jedno: przecież był jednorożcem, więc gdzie skrywała się cała jego magia? Miał jakieś magiczne moce, czy zupełnie nie? Jeśli tak, to jakie? Trochę obawialiśmy się, jak mogą się one objawić. Czy nad naszym domem pojawi się chmura burzowa? Albo tornado? Czy dopadnie nas inwazja motyli? Zarośniemy dżunglą? Zasypie nas lawina brylantów? Albo nachosów? (Te dwa warianty nie byłyby aż takie złe, zgodnie przyznaliśmy). A może nagle obudzimy się w przeszłości? Na innej planecie? A jeśli nasz dom stanie się siedzibą jednorożców i dogalopuje ich tu jeszcze setka? Wiele razy sprawdzaliśmy, czy na przykład w ciemności nie świeci mu róg i czy spod kopyt nie sypie jakimś złotem, czy chociaż brokatem. A tu nic. Jakiś mało magiczny egzemplarz, czy co?

Pewnego dnia sprawa się wyjaśniła. Kiedy wróciłam z pracy do domu, spodziewałam się zobaczyć go jak zwykle drzemiącego w spiżarni między odkurzaczem i słoikami od babci, a tymczasem oddany mu ostatecznie w użytkowanie kocyk ze smokami leżał tam zupełnie pusty. Przeszłam się po domu, nasłuchując i rozglądając ze zdziwieniem. Wyjrzałam na podwórko. Nigdzie go nie było! Zdjął mnie strach, a po chwili smutek: być może po prostu zniknął, tak samo magicznie, jak się pojawił?

Usłyszałam, że reszta domowników właśnie wchodzi przez drzwi.

– Słuchajcie… wygląda na to, że nasz jednorożec nas opuścił – uświadomiłam ich, ledwo powstrzymując drżenie głosu.

– Jak to?!? – dzieci rozbiegły się na poszukiwania po całym domu. Również go nie odnalazły.

Usiedliśmy na kanapie, przytuliłam łkającą Wiki. Wszyscy byliśmy tym mocno poruszeni i nawet tato ukradkiem pociągał nosem. Nasz jednorożec towarzyszył nam przez całe dwa miesiące. Zdążyliśmy się już zżyć i całkiem można było się już przyzwyczaić do ciągłego zapachu gumy balonowej w domu. To naprawdę był dla nas cios. Żadne z nas nie było w stanie nic powiedzieć, zapanowała kompletna cisza. Z nerwów za to któreś z dzieci dostało czkawki.

– Chwileczkę… – powiedziałam. Zrozumiałam, że odgłos czkania dochodził zupełnie nie z wnętrza któregoś z moich dzieci, a z korytarza.

Rzuciliśmy się tam pędem, by po sekundzie stanąć jak wryci. Pod schodami stał nasz jednorożec. Skurczony do rozmiarów szczeniaka. Czkający najprawdziwszą czkawką.

„Czy nad naszym domem pojawi się chmura burzowa? Albo tornado? Czy dopadnie nas inwazja motyli?”

Rozdział III

Choć nie byliśmy przekonani, czy to dobra zmiana i nieco żałowaliśmy, że ta magia to jednak nie góra nachosów, cieszyliśmy się, że nie zniknął. Miałam jeszcze tylko jedną obawę: skoro jego czarodziejskość polegała na zmienianiu rozmiaru, to czy pewnego dnia nie postanowi czknąć sobie tak bardzo, że dla odmiany rozsadzi nam dom, powiększając się do rozmiarów diplodoka? Na wszelki wypadek solidniej go nawadnialiśmy. Lemoniada arbuzowa i kompot robiły naprawdę dobrą robotę, uwielbiał je popijać w panujące coraz cieplejsze dni.

Skądinąd, jednorożec w wersji bardziej kompaktowej sprawił, że zaczęliśmy się zachowywać bardziej swobodnie. Łatwo można go było teraz zabrać na wycieczkę, żeby się wybiegał. Nie zajmował już dosłownie całej kanapy, więc można było wrócić do wspólnego oglądania filmów, co z pochrapującym jednorożcem na kolanach nabrało dodatkowego uroku. Zjadał również znacząco mniej, więc nasze finanse nieco odetchnęły. Ale miało to także minusy: zaczął nam płatać różnego rodzaju figle i ukrywać się po całym domu. Wchodzisz pod prysznic – a tam jednorożec. Wyciągasz pranie z pralki i nagle z wnętrza bębna dostajesz rogiem w oko. Na lodówce musieliśmy dokleić sobie kartkę z przypomnieniem: „Przed zamknięciem sprawdź zawartość lodówki pod kątem obecności jednorożców”. Ale nigdy nie zapomnimy, jaki numer wywinął nam pewnego majowego poniedziałku…

A poniedziałki, jak wiadomo, są najgorsze ze wszystkiego. Tego dnia na pewno się śpieszyliśmy. To nasza cecha rodzinna: zawsze się śpieszymy i nigdy nie jesteśmy punktualnie. Mnie zdarza się już z rozpędu przepraszać wszystkich za spóźnienie, nawet gdy przypadkowo jestem na czas. Nie inaczej jest ze szkołą i przedszkolem. I nie inaczej było tym razem. Poranek był gonitwą. Dlatego, niech nie zdziwi nikogo, że nie wszystko tego dnia było pod kontrolą. Na przykład pewien szkolny plecak stał w korytarzu zbyt długo otwarty. I zbyt długo nie budził niczyjego zainteresowania. Poza jednym, małym jednorożcem. I mną, kiedy w ułamku sekundy, w biegu i prawie zupełnie nie patrząc, wrzuciłam do niego śniadaniówkę, zasunęłam zamek i wrzuciłam na przednie siedzenie samochodu. Lecimy! Za trzy minuty dzwonek! Już jesteśmy jak zwykle spóźnieni!

W ten sposób właśnie nasz biedny skołowany i skotłowany w plecaku maluch trafił do klasy 1B. Zaś Tymek, jak nam potem opowiedział, przeżył prawdziwe chwile grozy, kiedy po otwarciu plecaka w całej klasie zapachniało gumą balonową. A był już początek lekcji. Nie stracił jednak rezonu:

– Proszę Pani! Muszę wyjść z plecakiem do toalety, wylała mi się w środku cała oranżada!

– Dobrze, ale poradzisz sobie z tym? Poproś panią woźną o jakiś papier i ścierkę. Łucjo, idź z Tymkiem mu pomóc! Zadam zadanie i za chwilę do Was zajrzę!

Wyszło prawie dobrze. Łucja to najlepsza koleżanka Tymka. Można jej było zaufać. Ale co dalej? Jak teraz zawiadomić rodziców? Co zrobić z tym jednorożcowym nicponiem?

Dzieciaki weszły do umywalni, gdzie Tymek zaprezentował koleżance zawartość plecaka. Właściwie zawartość zaprezentowała się sama, gdyż od razu wyskoczyła, otrząsnęła się i zarżała. Łucja aż podskoczyła z wrażenia, ale w lot pojęła sytuację. Spytała:

– Czy to ten jednorożec, o którym mówiła kiedyś pani w piekarni? To wszystko była prawda? Słyszałam od mamy tę historię!

Tymek skinął głową:

– Nie wiem, kiedy wskoczył mi do plecaka.

– Jeśli chcesz zadzwonić do domu, to musimy komuś o tym powiedzieć. Może Miłosz wziął dziś swój telefon do szkoły? Ale czy znasz numery swoich rodziców na pamięć?

– Znam, ale jak my teraz wyciągniemy Miłosza z klasy?

Wyjrzeli ostrożnie na korytarz. Z lewej nie było nikogo. Natomiast z prawej strony wyrosła niespodziewanie wprost przed nimi pani Basia, bibliotekarka. I postrach tej szkoły. Niestety dwie głowy wystające zza drzwi toalety wyjątkowo ją zainteresowały:

– A wy nie na lekcji? Co tam ro… o matko, co to jest?!

Nie muszę chyba dodawać, że głowy były już trzy.

Oczy pani Basi chciały wyskoczyć z orbit, twarz poczerwieniała, usta zacisnęły się w wąską kreskę. Jako że biblioteka znajdowała się dokładnie na wprost toalety, bibliotekarka szybko otwarła do niej drzwi i nieznoszącym sprzeciwu gestem ręki kazała dzieciom (i jednorożcowi) wejść do środka. Zamknęła drzwi na dwa zamki i dopiero wtedy zeszło z niej powietrze:

– Opowiadaj! – rzuciła do Tymka. A kiedy zrelacjonował jej historię naszego przyjaciela, niespodziewanie na jej twarzy zagościł niesamowity uśmiech:

– A więc to prawda! Mówisz, że już kilka miesięcy u was mieszka? To by się zgadzało, początek wiosny. Ja pamiętam ten dzień. Sobota. Sama zwróciłam uwagę na to, że mgła tego poranka była szczególna. Przeszło mi przez myśl, że to idealny dzień na ich powrót na ziemię, ale w życiu bym nie pomyślała, że tak właśnie się stało! – bibliotekarka krążyła ożywiona wokół swojego biurka.

– To dla pani on nie jest dziwny? – spytały dzieci prawie chórem.

– Nie, zupełnie nie. Lecz muszę wam coś wyjaśnić. Dla mnie nie jest on dziwny, ponieważ kiedy byłam mała, również takiego spotkałam. Miałam może 8 lat i z moim ówczesnym przyjacielem pewnego razu wybraliśmy się do lasu, aby obserwować właśnie jednorożce. Ale mieliśmy wtedy szczęście! Widziałam ich całe stado! Większość była wielkości koni, ale takie maluchy też dostrzegłam. Niestety, szybko się spłoszyły. Wystraszył je trzask suchej gałęzi pod moim butem – dodała smutno pani Basia na końcu opowieści.

– I nigdy potem nie poszła pani kolejny raz? – Łucja była bardzo przejęta tą historią.

– Nie, później na kilka lat przeprowadziłam się z rodzicami do miasta, zapomniałam o jednorożcach i nawet odrobinę przestałam w nie wierzyć. Dorosłam i wytłumaczyłam sobie, że musiał to być jakiś piękny sen, że to mi się tylko wydawało. W końcu przecież poważni dorośli nie wierzą w jednorożce. Chociaż prawdą jest, że książki o tych stworzeniach nadal pochłaniałam z pasją. Najwyraźniej iskierka ich magii została ze mną na zawsze. Ten mglisty wiosenny poranek mi o tym także przypomniał. Z kolegą niestety straciłam kontakt, chociaż ktoś mówił mi, że zatrudnił się w leśniczówce…

– Czy pani przyjaciel nazywał się może Kwiatkowski?

– Tak, a skąd wiesz?

Pani Basia usprawiedliwiła dzieci z zajęć w klasie i przechowała w swoim książkowym królestwie do mojego przyjazdu. W czasie lekcji zwykle mało kto zaglądał do biblioteki, ale na wszelki wypadek wywiesiła na drzwiach kartkę: „Nie wchodzić! Kwarantanna! Ryzyko zarażenia się grypą moli książkowych!” W tym czasie jednorożec dostał od niej kilka świeżutkich truskawek, a Tymek i Łucja herbatkę malinową. I zadzwonili po mnie.

Telefony ze szkoły nigdy nie oznaczają nic dobrego, ale ten był wyjątkowy:

– Mamo przyjedź po mnie, kod TĘCZA, powtarzam: kod TĘCZA.

Rzuciłam wszystko i pojechałam do szkoły pełna niepokoju. Kod TĘCZA został przez nas ustanowiony na wypadek odkrycia naszego jednorożca przez postronne osoby. Niestety, dalszych procedur na wypadek demaskacji jeszcze nie mieliśmy wypracowanych. Na szczęście, jak się okazało, pani Basia to wyjątkowo dyskretna osoba. Po dotarciu na miejsce opowiedziałam jej jeszcze kilka innych historii i perypetii z ostatnich miesięcy oraz zaprosiłam do odwiedzenia nas któregoś dnia. Powiem szczerze: bardzo przyjemnie było się wreszcie przed kimś wygadać i zdradzić nasz sekret. I to kimś, kto nie ma cię za niespełna rozumu.

– Mam tylko jeszcze dla was jedną złą wiadomość – bibliotekarka posmutniała na twarzy – jednorożce nie zimują u nas, więc pewnego jesiennego dnia i ten wasz odleci na wacie cukrowej.

– Spodziewamy się tego. Dziękuję za wszystko – uśmiech na koniec wyszedł mi dość smutny.

Podskoczyłam do budynku obok odebrać naszą Wiki z przedszkola i wróciliśmy do domu. Trasą dość niespodziewaną i wyjątkowo męczącą: bardzo naokoło wsi, właściwie lasem i ubłoconymi polami. Pięć kilometrów. Momentami w palącym słońcu. Okazało się bowiem, że truskawki u naszego przyjaciela wywołują czkawkę. Jego aktualny rozmiar stanowił w tym momencie wielkość kucyka. I nie dał się mi zaprosić do samochodu, więc musieliśmy iść pieszo. Na szczęście wziął Wiki na grzbiet.

– Następnym razem na tym półmetrowym rogu zawiążę ci gigantyczną kokardę i naprawdę będziesz udawał kuca, wiesz? – pogroziłam mu.

Wiedział. Spojrzał na mnie tymi mądrymi oczyskami.

„Najwyraźniej iskierka ich magii została ze mną na zawsze. Ten mglisty wiosenny poranek mi o tym także przypomniał.”

Rozdział IV

Nadeszły wakacje, które początkowo spędziliśmy w domu, ale w sierpniu wypożyczyliśmy przyczepkę do przewozu koni i ruszyliśmy nad morze. Wynajęliśmy na tydzień domek na uboczu niewielkiej, nadmorskiej miejscowości. Spędziliśmy tam wspaniały czas. Jednorożec polubił morskie kąpiele i wiatr w grzywie. Biegał z radością po plaży i zajadał się kukurydzą z grilla. Nie musieliśmy się z nim szczególnie ukrywać, wystarczyło odejść kilkaset metrów od wejścia na plażę, gdzie pod koniec sezonu nie było praktycznie nikogo. Raz tylko uczepił się nas mężczyzna z dzieckiem:

– Po ile przejażdżka na tym śmiesznym kucu?
– To nie jest żaden kuc… – warknęła Wiki pod nosem. – Dwieście – odpowiedział tato znad gazety.
– Pan żartuje? Chyba całodniowa?
– Nie, to cena za pięć minut.
– A zdjęcie z nim?
– Też dwieście.

Mężczyzna odszedł, kręcąc palcem kółka na czole. Dobiegło mnie jeszcze wycedzone przez zęby:

– On chyba myśli, że to prawdziwy jednorożec. Może jeszcze ze złota!

Tak właśnie myśleliśmy. A im bliżej było do jesieni, tym droższy był nam nasz przyjaciel. Pomału planowaliśmy już powrót do domu, choć nawet tato – zawsze świetnie zorganizowany, wyraźnie się z tym ociągał. Po powrocie czekało nas jeszcze wyprawienie Tymka urodzin i zaraz potem powrót do szkoły i przedszkola.

– Synu, a Ty co chciałbyś dostać w prezencie urodzinowym?

– Spokojnie tato, ja chcę tylko nową grę na konsolę. Chociaż chciałbym też, żeby jednorożec został z nami już na zawsze.

Nie wiedzieliśmy, jak to się ma wydarzyć. Odejście jednorożca. Czy po prostu zniknie? Rozpłynie się w powietrzu? Każdego ranka z przestrachem zaglądaliśmy do spiżarni. Potem nawet umościliśmy mu legowisko w sypialni, ale przy jesieni nasz przyjaciel konsumował wyłącznie lawendę i wrzosy. Po nich zdarzała mu się nocna tęcza z przewagą fioletu, co było naprawdę nie do zniesienia.

Kiedy nadeszły pierwsze przymrozki staliśmy się wszyscy już jawnie nerwowi. Jednorożec powrócił do swojej pierwotnej wielkości i powrócił na kanapę. Przytulaliśmy się do niego przy każdej okazji. Wiki przeczesywała grzywę co najmniej dwa razy dziennie i gorączkowo uzupełniała ostatnie strony notatnika ilustracjami. Tato podkarmiał go swoimi ulubionymi gruszkami, obierał mu je nawet z twardej skórki. Dużo rozmawialiśmy. Tłumaczyłam dzieciom, że niektóre miejsca, rzeczy i ludzie dani są nam tylko na jakiś czas. Że taka jest już natura wszystkiego, a życie to ciągła zmiana i trzeba nauczyć się to akceptować. My się także zmieniamy, rośniemy, starzejemy. W naszym życiu pojawiają się przyjaciele. Czasem przy nas trwają, ale czasem też muszą nas opuścić. Nasz jednorożec także. Wypełnił nasze dni niesamowitą radością i śmiechem, ale teraz musimy dać mu odejść, chociaż czujemy w sercach ból.

Sam jednorożec nie zachowywał się jakoś szczególnie odmiennie. Powiedziałabym nawet, że był całkiem w dobrym humorze i wciąż płatał nam drobne psikusy. Aż pewnego dnia mnie olśniło:

– Słuchajcie, przecież on wraca do swoich przyjaciół! A może i rodziny!

– Chcesz powiedzieć mamo, że wcale nie chciał tu być z nami i za nimi tęsknił? – spytał Tymek

– Nie. Chcę powiedzieć, że wybrał sobie nas na swoją ziemską przygodę, ale teraz wróci do nich zadowolony, jak Ty do nas z wycieczki szkolnej. Spędził tu fajny czas, ale tam w lesie i w obłokach też czeka go coś przyjemnego.

I ta myśl wszystkim poprawiła humor. A jednorożec parsknął zadowolony, jakby chciał nam dać do zrozumienia, że irytująco długo zajęło nam zrozumienie tej oczywistej dla niego prawdy.

Akurat wycinałyśmy z Wiki dynię, kiedy pewnego popołudnia zadzwonił dzwonek do drzwi. Była chłodna, październikowa sobota, a na zewnątrz pomału już zmierzchało. Otwarłam drzwi i na progu zobaczyłam nietypowych gości. Choć nie były to halloweenowe zjawy, zbladłam.

– Już czas – powiedział mężczyzna w wędkarskiej czapce. Stojąca obok pani Basia skinęła w milczeniu głową.

Byliśmy gotowi. Zarzuciliśmy na siebie kurtki i wyruszyliśmy do lasu.

W komplecie odprowadzaliśmy naszego przyjaciela na miejsce odlotu. Atmosfera była podniosła, ale zupełnie nie smutna, ponieważ jednorożec ewidentnie cieszył się na coś. Podbiegał to do mnie, to do Wiki, podgryzał i poszturchiwał nas. Wyniuchał w mojej kieszeni jeszcze kilka kwiatków lawendy i nie dawał mi spokoju, póki go nie poczęstowałam. Gajowy Kwiatkowski wskazywał nam drogę do leśnego stawu. Jeszcze było dość widno, więc nie potrzebowaliśmy latarek i bez problemu dojrzeliśmy jego taflę. Za to już po chwili zorientowaliśmy się, że gęstnieje mgła. A po kolejnych kilku minutach nie było już nic widać na odległość ręki. Udało mi się wymacać i złapać za dłonie dzieci. Poczułam intensywny zapach waty cukrowej niczym na szkolnym festynie i mokry pysk jednorożca na policzku. Po chichocie Tymka i Wiki zrozumiałam, że z nimi też się tak pożegnał. Usłyszeliśmy galopujące jednorożce, a po jakiejś minucie nastała cisza i zaczęła opadać mgła.

„Wypełnił nasze dni niesamowitą radością i śmiechem, ale teraz musimy dać mu odejść, chociaż czujemy w sercach ból.”

Wracaliśmy już z włączonymi latarkami.

– Patrzcie na to! – Tymek zaprezentował nam ohydnie oblepiona watą cukrową rękę i zaczął ją oblizywać.

– Wiosną zapraszamy znowu!!! – Wiki ryknęła swoim wyjątkowo donośnym głosem w stronę nieba. Unosiły się na nim zaróżowione ostatnimi promieniami zachodzącego słońca obłoczki.

Niektóre historie kończą się tylko po to, żeby zrobić miejsce następnej.

Podoba Ci się ta opowieść?

Pomóż mi tworzyć kolejne historie

Jeśli chcesz, możesz zostawić ślad swojego wsparcia. Dzięki temu ten świat może rosnąć spokojniej.

Wesprzyj projekt

Zostań dłużej

Nowe opowieści prosto do Ciebie

Zapisz się do newslettera i otrzymuj nowe teksty, podcasty oraz twórcze inspiracje.

Może spodoba Ci się również

Zobacz więcej opowieści →
Wróć do opowieści dla dzieci

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry